Z obawy przed tym, co niewiadome, wynika także stanowisko Kościoła odnośnie zapłodnienia in vitro. Rozumowanie hierarchów opiera się tu na dwu argumentach: biologicznym (śmierć części plemników i jajeczek) oraz małżeńskim, czyli prawa jednostki do narodzin w wyniku miłości małżeńskiej. W istocie jednak, co ujawniają i odpowiednie dokumenty watykańskie, i komentarze czasem bardzo kompetentnych księży, obawa jest jedna - chodzi o to, że medyczna umiejętność dokonania zapłodnienia in vitro to tylko pierwszy krok do następnych moralnie znacznie bardziej wątpliwych działań jak klonowanie czy hodowanie zapłodnionych embrionów w sztucznych warunkach. Zgadzam się całkowicie, że są to perspektywy bardzo niepokojące, ale trzeba jasno zwrócić uwagę, że Kościół wyraża tu obawy na wyrost i niepotrzebnie odmawia uznania pewnych nieuchronnych skutków rozwoju cywilizacji.

Przez dwieście lat Kościół nie chciał uznać wolnego rynku jako najlepszego mechanizmu rozwoju gospodarki. Poszukiwał z uporem nieistniejącej "trzeciej drogi" między kapitalizmem a socjalizmem. Dopiero Jan Paweł II jasno zaakceptował zasady wolnego rynku, chociaż (i słusznie) wyraził zastrzeżenia co do sposobów użytkowania zysków przynoszonych przez kapitalizm. A niechęć Kościoła do uznania kapitalizmu wywodziła się z powodów ideologicznych, a nie teologicznych. Podobnie jest ze stosunkiem do zmieniającej się obyczajowości seksualnej. Kościół nie zahamuje tych zmian, a tylko nie czyniąc odróżnień, doprowadzi do pełnego chaosu moralnego, z którym i tak zaczynamy mieć do czynienia. Jak bowiem inaczej ocenić fakt, że olbrzymia większość ludzi wierzących stosuje rozmaite, negatywnie oceniane przez Kościół, metody antykoncepcji.

W sprawie zapłodnienia in vitro potrzebna jest raczej mądra i wyważona rada niż zakazy lub zalecenia, by dziecko było poczęte z miłości. Jak tu mówić o miłości, skoro niemal połowa dzieci jest poczęta z przypadku lub w wyniku domowej przemocy? Ale nie w tym rzecz. Zapłodnienie in vitro może łatwo przekształcić się w zabieg bardzo moralnie wątpliwy, jeżeli nie sformułuje się reguł etycznych, które zostaną przełożone na język prawny. Czy i jak długo można przechowywać zamrożone plemniki lub jajeczka? Czy dawca spoza małżeństwa jest dopuszczalny? Czy można zapłodnione jajeczko wszczepiać innej kobiecie, skoro matka nie jest w stanie utrzymać płodu? Na te pytania musimy szybko dać jasne i sformułowane w prawnym języku odpowiedzi, bo się pogubimy. Natomiast zastąpienie działania natury tylko w momencie zapłodnienia i tylko w normalnej rodzinie i tylko za zgodą obojga rodziców doprawdy nie powinno budzić oporu Kościoła.

Tym bardziej że Kościół działa i będzie działał w bardzo szybko zmieniających się warunkach zarówno obyczajowych, jak i technologicznych, a rozwoju nauki nikt, żadne względy moralne - jak doskonale wiemy, tylko udajemy, że nie wiemy - nie powstrzyma. Czyż nie lepiej w takiej sytuacji rozważać nowe sytuacje, a nie odwracać się od modernizacji, jak to Kościół czynił (z nielicznymi wyjątkami) przez cały wiek XIX oraz pierwszą połowę wieku XX, przez co w ogromnej mierze stracił wpływ na bieg zdarzeń. Zdrowy konserwatyzm jest w sprawach moralnych słuszny, ale tam, gdzie nie idzie o pozbawianie życia, lecz o jego pobudzanie, warto byłoby zarysować jasno problem i udzielić ludziom wierzącym i nie całkiem wierzącym wskazówek, a nie skazywać ich na odchodzenie od nauki Kościoła. A już na pewno nie wolno doprowadzać do upolityczniania takich problemów i czynienia z nich okazji do sporu między państwem a Kościołem.