Jak wygląda życie w Stanach Zjednoczonych w dobie koronawirusa?

Reklama

Za nami jest pierwsza fala szoku. Nikt nie był na to przygotowany, mimo że epidemiolodzy ostrzegali i bili na alarm już dużo wcześniej, a niektórzy politycy na gwałt wyprzedawali swoje akcje na giełdzie. Prezydent Trump uspokajał, że magiczny wirus szybko zniknie, że jest nad nim kontrola. Oczywiste jest, ze kłamał i nadal to robi. Jedyną osobą, która ma poważanie i na którą zwrócone są oczy prawie całej Ameryki jest doktor Anthony Fauci, główny ekspert do spraw chorób zakaźnych i doradca prezydenta, twarz walki z koronawirusem. To on mówi prawdę, podaje twarde dane, ostrzega, doradza to on przewiduje, że ofiar śmiertelnych koronawirusa w Stanach Zjednoczonych będzie ok. 100-240 tysięcy. Może być mniej, oczywiście pod warunkiem, że obywatele zachowają wszystkie środki ostrożności. A z tym jest różnie.

Na co dzień mieszkasz w Kalifornii.

To był pierwszy pierwszy stan, który obowiązkowo od 20 marca wprowadził zasadę „stay at home”, czyli „zostań w domu”. Potem zrobił to Nowy Jork. Wciąż mamy jednak kilka stanów, które nie wprowadziły żadnych obostrzeń, jak na przykład Teksas, Nebraska czy Arkansas. Floryda zrobiła to zaledwie kilka dni temu, 2 tygodnie po Kalifornii i dopiero pod naciskiem mieszkańców.

Dlaczego?

W tym stanie mieszka wielu starszych ludzi, tam znajduje się mnóstwo domów spokojnej starości, pensjonariusze, którzy są bardzo narażeni na tragiczne w skutkach zakażenie wirusem. Co więcej gubernator Florydy pozwolił na to, by przez stan przewinęły się w marcu hordy młodzieży świętującej na atlantyckich plażach swoje wiosenne ferie tzw. „spring break”.

Z ostatnich doniesień wynika, że kilkadziesiąt młodych osób, które wróciły właśnie z tych wyjazdów, jest zakażona koronawirusem. Moja córka, która mieszka i studiuje w Nowym Jorku również miała wybrać się na taki wiosenny wyjazd z grupą przyjaciół, tuż przed ogłoszeniem pandemii, ale po analizie zagrożeń zrezygnowała i została w NY. Stwierdziła, że taki wyjazd to zbyt duże ryzyko zarówno dla niej, jak i dla lokalnej społeczności.

To jak wygląda życie codzienne w tych stanach, gdzie ograniczenia obowiązują?

Teraz wszyscy wpatrzeni w telewizory, słuchamy wiadomości. Atmosfera jest podobna do tej, jaka była po 11 września. Amerykanie to naród, który od czasów wojny secesyjnej nie miał konfliktu zbrojnego na swoim terenie, nie przeżywał żadnych zagrożeń, głodu czy braków w dostawach. My Polacy pamiętamy stan wojenny, puste półki w sklepach. Dla Amerykanów zatem to, co dzieje się teraz, jest jednym wielkim szokiem. Fakt, że na półkach nie mają artykułów spożywczych, które zawsze były, jest dla nich nowością. Podobnie, jak poczucie zagrożenia z powodu niewidzialnego wroga. Bardzo odmienne jest podejście do tego zagrożenia w zależności od stanu i jego politycznych preferencji. W stanach zdominowanych przez Demokratów aż 73 procent mieszkańców wyraża swoje zaniepokojenie potencjalnym zakażeniem wirusem, podczas gdy w stanach rządzonych przez Republikanów taką obawę wykazuje 42 % ludzi. To kolosalna różnica - prawie 30%.

Jeszcze w połowie marca, kiedy w Las Vegas w Nevadzie zamykano po raz pierwszy w historii największe hotele świata, pan na stacji benzynowej zapytał mnie, czy faktycznie wierzę w tego wirusa. Bo on nie bardzo…. słyszał z telewizji, że to wymysł Demokratów, mający na celu zdeprecjonowanie prezydenta… I faktycznie to jest to, co ludzie niejednokrotnie słyszeli w prawicowej stacji Fox News z ust Seana Hannity i innych prowadzących.

Kalifornia, Nowy Jork to stany, w których nie da się zamydlić ludziom oczu, tak jak to się robi mieszkańcom wspomnianej wcześniej Florydy czy Teksasu. Tu przez lata nie głosowało się na Republikanów. Trump jest tu bardzo nie lubiany, mówiąc oględnie. Nie ufa mu się i nie bierze się jego słów na poważnie, są nawet postulaty, by media przestały relacjonować jego wypowiedzi w sprawie wirusa, bo one tylko wprowadzają w błąd i muszą być następnie prostowane przez lekarzy i specjalistów. W Kalifornii stawia się na wykształcenie, więc szacunek dla prawdy, faktów i nauki jest ogromny.

Co robimy poza tym, że śledzimy wiadomości i przeglądamy internet? Od kiedy wprowadzono obostrzenia w postaci dystansu społecznego i siedzenia w domu, od razu to zadziałało. Oczywiście pojawiły się pojedyncze jednostki, które nie do końca zrozumiały powagę sytuacji i pojechały relaksować się na plaże w Malibu i wyległy tłumnie na ścieżki spacerowe i do parków, pograć ze znajomymi w piłkę itp. Ale dosyć szybko to zostało ukrócone mandatami (jeden z moich znajomych, który jest surferem, dostał mandat w kwocie tysiąca dolarów), ostracyzmem społecznym i apelami do zdrowego rozsądku i odpowiedzialności zbiorowej. Większość społeczeństwa momentalnie dostosowała się do nowych reguł. W Kalifornii, jeśli czegoś nie wolno, nie wypada, to po prostu się to przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Poza tymi zamkniętymi plażami, parkami itp., z jakimi trudnościami borykają się jeszcze mieszkańcy?

Zamknięto „Farmers Market”, czyli takie obwoźne warzywniaki, na które przyjeżdżają ze swoimi towarami lokalni rolnicy. Warzywa i owoce lepszej jakości, Kalifornijczycy kupują właśnie na takich bazarkach. Te, które nie zastosowały odpowiednich procedur tzw. „social distancing” (społecznego dystansu) ze względów bezpieczeństwa zostały zamknięte. Poza tym, podobnie jak w Polsce, w kolejkach do sklepów obowiązuje zachowanie 2-metrowych odstępów. Wprowadzono specjalne godziny na zakupy dla seniorów. To wszystko ma sens. Nikt nie próbuje cwaniakować.

Reklama

Amerykanie są mistrzami tzw. „small talk”. Urzeka mnie to, jak się w tej trudnej sytuacji nadal do siebie uśmiechają, rozmawiają, machają, ale wszystko z zachowaniem bezpiecznego odstępu. Kiedy ostatnio wyszłam pobiegać spotkałam starszą sąsiadkę, która szła z 2-metrowym kijkiem. Kiedy kogoś mijała, z zadowoloną miną, takim trochę żartem kierowała kijek w stronę przechodnia i odmierzała tę przepisową odległość. Na naszej sąsiedzkiej grupie na Facebooku jej członkowie piszą sobie nawzajem porady w stylu – jak widzisz mamę z dzieckiem, to zejdź z chodnika, omiń ją. Wymijając spacerowiczów rowerem, na tobie spoczywa odpowiedzialność zachowania odstępu. I faktycznie ludzie się do tego stosują, schodzą sobie z drogi, wymijają z dużym zapasem. Zresztą Kalifornia to nie Nowy Jork, mamy tu naprawdę dużo przestrzeni, dlatego przychodzi nam to łatwiej.

Z racji tego, że place zabaw są zamknięte, pojawiła się przemiła akcja wystawiania w oknach pluszaków, aby dzieci na spacerach mogły się czymś zająć i zabawić w specyficzne szukanie skarbów - patrzą w okna, wypatrują i liczą maskotki.

Gubernator wprowadził specjalną linię, pod którą można zadzwonić i otrzymać informacje na temat wszystkiego, co związane jest z epidemią.

Co zniknęło ze sklepowych półek?

Podobnie, jak w Polsce - papier toaletowy i mąka. Wszyscy teraz zaczęli piec chleb. Ciekawostką jest to, że trudno jest kupić zwykłą pszenną. Bezglutenowa wciąż jest na półkach. Myślę sobie, że kryzys trochę już zaczął czyścić nam modę na wszelkiego rodzaju diety. Kalifornia nagle masowo rezygnuje ze swoich „top of the top” trendów żywieniowych i zadowala się tym, co jest. Z półek na początku zniknęły dania i produkty mocno przetworzone, do błyskawicznego przygotowania w domu. Ale im dalej w las, im więcej siedzimy w domach, tym bardziej ludzie zaczynają uczyć się gotować. Może to rozwiąże wiele problemów w USA związanych z chorobami spowodowanymi złym odżywianiem. Może część społeczeństwa zrozumie, że burger, pizza i cola to nie jedyne dania w codziennym menu. Jest jeszcze cała gama innych możliwości.

Amerykanie wciąż pracują?

Ci, którzy mogą pracować zdalnie, z domów, są tak naprawdę szczęściarzami. Ci, którzy są na pierwszym froncie, już nawet nie mówię tu o lekarzach i pielęgniarkach, ale o sprzedawcach, kasjerach czy listonoszach, mają bardzo duży kłopot. Niewiele firm oferuje pracownikom płatny urlop zdrowotny. W jednej z sieci sklepów spożywczych pracownicy dostali „znakomitą” radę od szefostwa, by dzielić się swoim urlopem wypoczynkowym z tymi, którzy mają gorączkę i muszą zostać w domu. Pracownik, który musi iść do pracy, nawet z objawami choroby, by zarobić i zapłacić za czynsz i mieć na jedzenie, bo firma nie zapłaci mu za te kilka dni wolnego - przecież taka sytuacja, to ogromne zagrożenie zarówno dla całego personelu, jak i klientów. W mediach od lat toczą się debaty na ten temat, teraz przybrały teraz na sile. Zobaczymy, jaki będzie końcowy efekt.

A co z opieką medyczną?

To jest kolejny wielki problem Ameryki. Nie ma w tym kraju powszechnego ubezpieczenia medycznego. Nawet, jeśli dobrze zarabiasz, to rachunek za pobyt w szpitalu z powodu wirusa może cię wykończyć finansowo, bo za wszystko trzeba płacić z własnej kieszeni. Koszty dochodzą nawet do 75000 USD. Statystyki mówią, że aż 42 proc. ludzi, którzy w Stanach zachoruje na raka, traci podczas leczenia swoje oszczędności. Amerykanie bardziej boją się kosztów niż samej choroby. Berni Sanders, kandydat Demokratów na prezydenta, od wielu lat postuluje, by Amerykanie mieli dostęp do powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, które powinno być podstawowym prawem człowieka, a nie specjalnym przywilejem dla wybranych. Myślę, że wielu dopiero teraz otwiera oczy i widzi, że to miałoby sens.

A jak wygląda sytuacja ze sprzętem medycznym?

Trump powiedział gubernatorom: „Walczcie. Wszystko jest w waszych rękach”. Wiele osób ma wrażenie, że na poziomie rządu federalnego robi się niewiele. Andrew Cuomo, gubernator Nowego Jorku czy Gavin Newsom, gubernator Kalifornii, rzeczywiście walczą o wszystko głównie sami. I wzajemnie sobie pożyczają sprzęt. NY dostał 140 respiratorów z Oregonu i 300 z Kalifornii. Cuomo dziękował za ten gest na konferencji prasowej ze łzami w oczach zapewniając, że jak tylko NY wyjdzie z dołka, to on zrobi wszystko, by pomóc innym stanom.

Kalifornia dostała do tej pory od władz federalnych 10 proc. z respiratorów, o które prosiła. Prezydent uzależnia dostawy od tego, na ile „mili” są dla niego dani włodarze. Gubernatorzy mówią, że „musi się zrobić gorzej, żeby było lepiej”, że musimy wypłaszczyć szczyt zachorowań, by nie było tsunami chorych w jednym czasie. Ograniczeniami wychodzenia z domów kupujemy sobie czas, by respiratory, szpitalne łóżka, maseczki dla personelu dotarły na miejsce, a liczba przyjmowanych chorych rozłożyła się w czasie. Testów niestety wciąż robi się bardzo mało, więc tak naprawdę nie wiemy, z jaką skalą mamy do czynienia. W sieci krąży taki żart, że jeśli chcesz mieć zrobiony test w USA, to powinieneś kichnąć na osobę bogatą albo polityka. Kiedy on sobie zrobi test, ty dowiesz się, czy jesteś chory, czy nie.

Jakie uczucia towarzyszą Amerykanom w tej trudnej sytuacji?

Każdy się boi, głównie tych przerażających liczb zgonów, które mają nastąpić. Biały Dom mówi, żeby Ameryka przygotowała się na kolejny atak Pearl Harbor czy ponowne 11 września, oba hasła bardzo poruszające. Ciężko być optymistą.

Jednocześnie pojawia się bardzo dużo lokalnych inicjatyw, wzajemnego wsparcia, życzliwości, chęci pomocy. Ludzie na siebie nie warczą, a podnoszą wzajemnie na duchu. Przekazują sobie sposoby jak przetrwać, jak medytować, jak ćwiczyć, na czym się skupić, by się odstresować i nie martwić. W sieci pojawia się wiele artykułów pisanych przez astronautów, himalaistów, które dodają ludziom otuchy, doradzają, jak przetrwać ten trudny czas odosobnienia. Radzą na przykład, by nie mówić, że utknąłeś w domu, ale powtarzać sobie, że jesteś szczęściarzem, że masz ten bezpieczny dom, w którym możesz się schronić. Widzieć pozytywne aspekty tej izolacji. I wspólny cel zwalczenia wirusa i uratowanie tym samy życia wielu osobom.

Jak wygląda sprawa finansów w kryzysie?

To spędza sen z powiek wszystkich, którzy tu żyją, mieszkają, pracują. Przewiduje się wzrost bezrobocia nawet, do 25-30%, czyli do poziomu z czasów Wielkiego Kryzysu w latach 20-tych. Strony, na których można się rejestrować i aplikować po zasiłki dla bezrobotnych, przeżywają oblężenie. Sama zajmuję się turystyką, podobnie jak mój mąż i już wiem, że przez najbliższych kilka miesięcy, akurat w najlepszym sezonie na wyjazdy i wycieczki, nic nie zarobimy. Wszystkie wyjazdy do września są anulowane. A gdy epidemia się skończy, będzie trzeba długo nadrabiać straty i wychodzić na prostą. Dla osób, które nie mają oszczędności, czyli dla większości Amerykanów, to sytuacja bardzo trudna. Trzeba pamiętać, że żyją oni przeważnie od pierwszego do pierwszego, a właściwie od czeku do czeku. Mają kilka prac, kredyty i zadłużone karty kredytowe. Nie będzie im lekko.

Tym najmniej zarabiającym państwo obiecało jednorazowe zapomogi w wysokości 1200 dolarów. Poszczególne stany zamroziły podwyżki czynszów wynajmującym, a banki odroczyły spłatę rat kredytów na trzy miesiące. Ale to dopiero początek kłopotów i taka pomoc może się okazać nie wystarczająca.

Wspomniałaś, że Trump nie jest postrzegany jako przywódca narodu.

W Kalifornii i Nowym Jorku ma nie najlepszą opinię. Zasłużenie. Ciężko było zaakceptować jego zachowanie i decyzje podczas całej prezydentury, ale teraz w czasach zarazy i walki o tysiące żyć ludzkich, sytuacja stała się bardzo poważna. Wycofuje się rakiem z tego, co mówił jeszcze kilka tygodni temu. Najpierw, że wirus to wymysł opozycji, potem, że jest tylko kilka przypadków, ale one magicznie znikną, następnie, że kraj jest przygotowany i ma zapas testów itp. Przekonywał też jeszcze kilka dni temu, że na Wielkanoc zostaną otwarte kościoły, sklepy, że życie wróci do normalności. Teraz mówi, że rozgrywki sportowe wrócą już niebawem. Jego współpracownicy nie mają lekko, bo muszą te informacje nieustannie prostować. Na konferencjach Trump potrafi bezpardonowo zaatakować dziennikarzy. Zapytany przez jednego z nich o jakąś pokrzepiającą odezwę do narodu skwitował to zdaniem: „Jesteś tragicznym dziennikarzem, tylko tyle mogę powiedzieć”. Zamiast mówić o faktach, planach na kolejne dni walki, dodawać otuchy krajowi, on chwali się swoją popularnością rzekomo według niego wyższą nawet od finalisty programu „Kawaler do wzięcia”. Z jego ust nie padło jeszcze do narodu żadne słowo pocieszenia czy wsparcia. Stać go tylko na komentarz w stylu „ Jeśli umrze tylko 100000 ludzi, to znaczy, że spisałem się świetnie” Bardzo to wszystko smutne.

To prawda, że boom przeżywają sklepy z marihuaną?

Sklepy z alkoholem oraz z bronią zostały zamknięte, bo nie są to sklepy „pierwszej potrzeby” tak jak spożywcze, czy apteki. Natomiast rzeczywiście, te z marihuaną są nadal otwarte, a kolejki do nich są długie (zgodnie z zachowaniem wytycznych, czyli każdy klient, co dwa metry) Marihuana w Kalifornii jest legalna, a władze być może uznały, że w trudnych czasach nie ograniczanie takich zakupów, to dobry sposób, żeby utrzymać ludzi w domach. Tłumaczą to tym, że jej palenie uspokaja, ludzie więcej gotują, oglądają filmy w lepszym humorze, nie wzrasta agresja. Sklepy z legalną marihuaną prowadzą też sprzedaż z dowozem do domu.

Pojawiły się też zdjęcia bezdomnych, dla których organizuje się noclegownie w parkach miejskich.

W Kalifornii jest mało noclegowni, a samych bezdomnych jest około 150 tysięcy, z czego 60 tysięcy w LA. Mieszkają i śpią, gdzie popadnie. Pod wiaduktami, na plażach, w parkach. Problem bezdomności, który trudno jest rozwiązać już od wielu lat, teraz zrobił się jeszcze bardziej naglący. Wymyślono zatem działania doraźne, ściągnięto bezdomnych w wyznaczone miejsca (głównie miejskie parki lub parkingi) ustawiono łóżka lub tylko posłania w odpowiednich odstępach od siebie, rozdano środki higieniczne. Chodzi o to, by bezdomni chodząc po mieście nie roznosili wirusa i sami się nim nie zarażali. Nie ma złudzeń, jeśli będzie brakowało szpitalnych łóżek nawet dla tych, którzy mają jakiekolwiek ubezpieczenie medyczne, to bezdomni będą ostatni w kolejce i będą mieli małe szanse na pomoc i opiekę lekarską.

Duży problem jest też w więzieniach, które są mocno przeludnione i wzrost zakażeń może być katastrofalny w skutkach. Dlatego Kalifornia zdecydowała o natychmiastowym wypuszczeniu blisko 3500 skazanych, którzy mieli niskie wyroki i ich czas odbywania kary miał w najbliższych miesiącach się skończyć.