On swój cel zrealizował już dawno przed wyborami – to władza absolutna i niezmienna. W Rosji stworzono system jednopartyjny, podobny do sowieckiego. Polacy doskonale to pamiętają, bo
u was było nawet kilka partii oprócz PZPR, ale w pełni uznawały one wszystkie główne punkty jej programu. I w Rosji jest podobnie. Z tym, że nie jest to już model sowiecki, ale putinowski. On
ma taką władzę, że niezależnie od stanowiska jakie będzie pełnił, będzie rządził.
Tak, bo inaczej po co miałby opowiadać na lewo i prawo, że wczorajsze wybory to referendum potwierdzające zaufanie do Putina? W ten sposób powiedział narodowi jasno: nie troskajcie się, że
nie zostanę na trzecią kadencję, to nie problem. Po wyborach zapewne ogłosi, że wyniki potwierdziły słuszność jego planu zbawienia Rosji i powie, jakie stanowisko obejmie.
W rosyjskiej historii występują tylko dwa modele relacji z władzą. Niewolnicza pokorność albo rosyjski bunt, o którym Puszkin powiedział, że jest bezsensowny i bezlitosny. Jeszcze niedawno
się wydawało, że Rosjanie mogą wypracować trzeci racjonalny model, czyli szacunek dla prawa i co pewien czas demokratyczna wymiana władzy. Niestety Rosjanie wciąż bezdyskusyjnie głosują na
władzę. I było tak samo. Tę manipulację opinią publiczną odziedziczyliśmy jeszcze z czasów sowieckich. Chwała Bogu, teraz nie obwieszcza się, że Putin to najlepszy przyjaciel sportowców
i dojarek. Ale i tak okazuje się, że ta prymitywna maszyna działa. Zresztą i tak głównej roli nie odgrywa agitacja, ale administracja, którą wykorzystuje się do wpływania na wynik
wyborów.
Nie było to potrzebne, przynajmniej nie na masową skalę, tak jak ma to miejsce w wyborach lokalnych w Czeczenii. Na pewno jednak coś jest na rzeczy, bo władze lokalne dostały sugestie, ile
procent musi zdobyć partia rządząca. Ci, którzy zamawiają te wyniki, mówią: "Nas nie interesuje, w jaki sposób osiągniecie te cyfry”. Do tego nie trzeba dorzucać kart
wyborczych. Wystarczyło tylko przed wyborami wywrzeć odpowiedni nacisk, np. na urzędników i ich rodziny. Wiem, że takie naciski wywierano.
Od domu do domu chodzili ludzie pytający wyborców, na kogo będą głosować. Jeżeli ktoś mówił, że na opozycję, domagali się nazwiska. Na uniwersytetach rektorat wymógł, by profesorowie, ich rodziny i studenci zdobyli dokument, który pozwalał im głosować poza miejscem zameldowania, żeby kontrolować, jak głosują. Dużo jeździłem po kraju i ludzie po prostu mówili, że istnieje straszna presja. Dlatego często w ogóle nie zamierzali pójść na wybory. Gdy prosiłem, by powiedzieli publicznie kto i jak wywiera ten nacisk, odpowiadali: "A jak będę tu potem żył i pracował? Oni nie dadzą mi spokoju”.
Tak jak sobie życzył, i co ogłosił nasz przywódca - plan został wykonany.
Chodzi o pokazanie, że władza dysponuje pełnymi możliwościami. Dla prezydenta oskarżającego demokratów, że działają na zamówienie zagranicy, była to doskonała okazja, by wskazać
zewnętrznych wrogów swojego reżimu. W ten sposób zademonstrował Zachodowi swoją złowrogą determinację, że nikt nie jest w stanie mu przeszkodzić. A tchórzliwemu i niezdecydowanemu
Zachodowi nawet nie trzeba tego uświadamiać. On w pełni wpisuje się w narzucony przez Putina model wzajemnych stosunków. Kraje demokratyczne w niczym nie są w stanie mu zagrozić.
Wiem, że na Zachodzie pojawia się wiele krytycznych publikacji na temat wewnętrznej polityki Putina. On więc doskonale zdaje sobie sprawę, że zachodnia opinia publiczna jest mu nieprzychylna.
Wie jednak również, że reakcja rządów nigdy nie wyjdzie poza nieistotne kroki dyplomatyczne. Przykład: OBWE odmówiła przysłania swoich obserwatorów na wybory. To dobry krok dyplomatyczny.
Byłoby wspaniale, gdyby następnym krokiem był komunikat, że OBWE nie uważa rosyjskich wyborów za wolne. Ale tego nie będzie. I Putin o tym wie.
Takich niestety nie będzie. Znam kilku zachodnich ministrów spraw zagranicznych, którzy twierdzą, że w stosunku do Rosji należy zachowywać się uprzejmie, bo przecież ona jest ważna w
stosunkach międzynarodowych, a do tego jeszcze posiada ropę. Wtedy pytam, czy ropa naftowa jest dla nich ważniejsza niż wartości, które nazywają uniwersalnymi? Co jest dla nich ważniejsze:
wolność czy ropa naftowa? Wtedy milkli.
Siergiej Kowaljow (77 l.), sowiecki dysydent, rosyjski obrońca praw człowieka, rzecznik praw obywatelskich za kadencji Borysa Jelcyna