Czy będzie teraz umiał wywiązać się z danego słowa i zaspokoić potrzeby wszystkich? Budżet nie jest z gumy, jeżeli więc Donald Tusk nie znajdzie pieniędzy na spełnienie rozbudzonych oczekiwań, może za to zapłacić wysoką cenę.

Istnieje niebezpieczeństwo, że premier sam zastawił na siebie pułapkę, obiecując tak dużo. Składanie przyrzeczeń bez pokrycia przynosi bowiem pozytywny efekt, ale bardzo krótkotrwały. Kiedy wychodzi na jaw, że wypowiedziane obietnice są puste, zmieniają się one z narzędzia prowadzącego do zwycięstwa w miecz, który ścina głowy. Groźnie obracają się przeciw temu, który nimi szafował. Jeżeli więc premier myśli o dalszej karierze politycznej - a w końcu jest to człowiek jeszcze całkiem młody, więc powinien - to nie może mu schodzić z pola uwagi koniec kadencji i to, że musi mu wystarczyć sił na jeszcze cztery lata. A przynajmniej na trzy - do wyborów prezydenckich.

Wierzę, że Donald Tusk jest dojrzałym i doświadczonym politykiem, który doskonale wie, że sypiąc obietnicami bez pokrycia (jeżeli takie są), kopie dla siebie polityczny grób. Zresztą nie tylko dla siebie. Każde takie przyrzeczenie stawia bowiem również jego ministrów w bardzo niezręcznej sytuacji. Zobowiązania szefa rządu powinny być na tyle realne, żeby nie ośmieszyć szefów poszczególnych resortów, gdyby potem musieliby się z nich wycofać. A także żeby potem sam premier nie musiał zwalniać swoich ministrów, którzy nie są w stanie podołać obietnicom.

Dlatego myślę, że Donald Tusk mówił w kampanii wyborczej to, co mówił, w pełni świadomie.

I jest w tym nadal konsekwentny. Nie wycofuje się ze swoich słów, a wręcz przeciwnie. Podczas obchodów barbórki obiecał górnikom utrzymanie wszelkich zdobytych przez nich do tej pory przywilejów. Nauczyciele już dostali podwyżki, a lekarze nadal mają nadzieję na wysokie zarobki.

Jednak nie zawsze wszystkie obietnice są dla państwa korzystne ekonomicznie i z tego premier także musi sobie zdawać sprawę. Chodzi zwłaszcza o te dotyczące emerytur oraz zapowiedzi, że kolejne grupy zawodowe dołączą do górników i do pomostówek. W ten sposób, realizując co prawda piękne pomysły, sami podkopujemy własny system emerytalny, którego do tej pory zazdroszczono nam powszechnie w Europie. Wiadomo, że dla wszystkich krajów Starego Kontynentu nadchodzą ciężkie czasy z powodu starzenia się społeczeństw. Emeryci żyją coraz dłużej i dłużej też czerpią z wypracowanych wcześniej funduszy. Dlatego raczej powinno się opóźniać wiek emerytalny, a nie go skracać. A dyskusja na temat wyrównania wieku emerytalnego mężczyzn i kobiet powinna być merytoryczna, a nie społeczna jak do tej pory.

Jednak czy obietnice Donalda Tuska zmienią się w miecz, który utnie mu głowę, mogą ocenić tylko ekonomiści. Ja nadal wierzę, że premier jest odpowiedzialny za swoje słowa. Dlatego jeżeli minister zdrowia pani Ewa Kopacz deklaruje, że może zagwarantować lekarzom podwyżki do 11 tysięcy złotych, to ufam, że robi to na podstawie wiedzy pozwalającej jej takie deklaracje formułować. Skoro twierdzi, że znalazła miliard złotych w budżecie, to może należy jej wierzyć.

Może rzeczywiście z budżetem nie jest tak źle - przychody są dużo wyższe, a bezrobocie spada (i to nie tylko z powodu emigracji, ale również wzrostu liczby miejsc pracy) - i premier znajdzie środki na spełnienie swoich wszystkich obietnic. Momentem, w którym będzie można poddać to rzeczowej ocenie, będzie setny dzień urzędowania Donalda Tuska, który wypada 24 lutego. Wtedy zobaczymy, co się udało panu premierowi spełnić. Teraz jest jeszcze grubo za wcześnie, na wydawanie jakiegokolwiek wyroku.