Podczas koszmarnego dla Amerykanów Wielkiego Kryzysu autor popularnych humoresek radiowych, felietonista, a zarazem komik Will Rogers opisywał w swej cotygodniowej rubryce na łamach „The New York Times”, co nowego zauważył w życiu kraju. Gdy wybory prezydenckie wygrał przykuty do wózka Franklin D. Roosevelt, felietonista nie mógł się nadziwić, jak zwykli Amerykanie zaczynają nagle odzyskiwać nadzieję na poprawę losu. Prezentowało się to irracjonalnie, bo nic nie wskazywało na to, by potworny kryzys zmierzał ku końcowi. A jednak nowy prezydent bił rekordy popularności. Cały kraj jest z nim, właśnie dlatego, że on coś robi – zauważał Rogers w jednym z felietonów. Gdyby spalił Kapitol, wszyscy wiwatowalibyśmy, mówiąc - cóż, przynajmniej udało nam się jakoś wywołać pożar – dodawał. Tak potwierdzając, że słusznie zasługiwał na miano bardzo bystrego obserwatora.

Reklama

Roosevelt, kierując walką z kryzysem nie mającym precedensu w dziejach USA popełniał mnóstwo błędów. Wiele jego działań było szkodliwych, a sporo ocierało o hochsztaplerstwo. Mimo to zwykli Amerykanie wybaczali mu wszystko, niezmiennie lubiąc i ceniąc. Działo się tak, ponieważ ich prezydent walczył z krachem z tak samo wściekłą determinacją z jaką wcześniej zmagał się ze swoim kalectwem. Gdy występował publicznie biła od niego energia i wola działania. Poza tym cały czas udowadniał, iż skupia się tylko i wyłącznie na problemach przeciętnego obywatela. W nadawanej raz w tygodniu audycji radiowej opowiadał słuchaczom, co zrobił oraz co zamierza dla nich zrobić. Udowadniając tym sposobem, iż nie oderwał się od codzienności zwyczajnych ludzi. Jego radiowe „pogadanki przy kominku” biły rekordy popularności. Dzięki nimi każdy wiedział czego się w najbliższym czasie spodziewać po władzy. Budowało to w ludziach wiarę, że ich prezydent panuje nad sytuacją. Trudno o rzecz bardziej istotną w ciężkich czasach.

Osoba Roosevelta przypomina się, bo casting na przywódców już wystartował w całej Europie. Jego pierwszym etapem jest selekcja rzeczy na istotne i nieistotne. Może nie najlepszym przykładem, ale za to bardzo obrazowym, jest tu piłka nożna. Na co dzień emocjonowało się nią dziesiątki, a może i setki milionów Europejczyków. Dziś, gdy wszystkie ligi poza białoruską są zawieszone, jakoś mało kogo to martwi czy obchodzi.

Podobnie rzecz się ma z problemem, jak powinna wyglądać kwestia dopuszczalności przerywania ciąży. Ponoć zawsze rozpalał on miliony Polaków. Jednak, gdy w tym tygodniu na forum Sejmu stanął obywatelski projekt „Zatrzymaj aborcję”, aż przykro było patrzeć na entuzjazm polityków i mediów, szykujących się do tradycyjnej rozgrywki. Przykro, bo w powietrzu już wisiało nad nimi wielkie rozczarowanie. Te same twarze, argumenty, fanatyczne zacietrzewienie po obu stronach i nagle … bolesne zderzenie ze ścianą, jaką okazał się kompletny brak odzewu ze strony obywateli. Ci obdarzyli ponoć fundamentalny spór taką samą uwagą, jaką przyciąga odwieczna wojna kibiców Śląska Wrocław z fanami Lecha Poznań. W kompletnej ciszy słychać było tylko syk powietrza uchodzącego z nadętego medialnie balonu. Dla obecnej klasy politycznej to dopiero początek zmartwień. Swego zawodu uczyła się w zupełnie innych czasach. Trudno nagle zmienić nawyki, niegdyś skuteczne triki, a przede wszystkim sposób postrzegania potrzeb wyborców. Dawne spory nagle zaczynają wisieć w próżni, bo epidemia i kroczący w ślad za nią gospodarczy krach dopiero kreślą nowe granice podziałów.

Na razie społeczeństwo z powodu zagrożenia skoncentrowało się na najistotniejszych dla niego spawach bytowych. Gdy ludzie za jakiś czas zaczną przyzwyczajać do codziennego życia z koronawirusem w tle, przyjdzie pora na selekcję przywódców. Dla tych obecnie rządzących pierwszym kryterium jest to, jak radzą sobie w kierowaniu walką z zarazą. Jeśli w oczach obywateli dobrze wypadną, dostaną kredyt zaufania na czas zmierzenia się z kryzysem ekonomicznym. W Korei Południowej, gdzie opanowano epidemię we wręcz wzorcowy sposób, opozycja poniosła w tym tygodniu wyborczą klęskę. Uwikłany wcześniej w sporą liczbę skandali prezydent Moon Jae-in i jego Partia Demokratyczna otrzymali premię za znakomite poradzenie sobie z zagrożeniem w postaci bezpiecznej większości w parlamencie. Co ciekawe, pójście do urn 66 proc. obywateli oznacza w Korei Południowej najlepszą od 18 lat frekwencję. W Europie największy wzrost poparcia odnotowuje rządząca Wielką Brytanią Partia Konserwatywna. W kwietniu obecny gabinet stał się wedle sondaży najpopularniejszym od 10 lat rządem. Konserwatyści ten sukces zawdzięczają osobowości Borisa Johnsona. Widząc siłę jego charakteru i wolę walki obywatele w niepamięć puszczają dawne błazeństwa oraz popełniane błędy. Liczy się przywództwo oraz konsekwentne dążenie do pokonania zagrożenia. A gdy jeszcze samemu ucierpi się od choroby, nie staje się to przedmiotem kpin, lecz przynosi szacunek.

W rankingach popularności dodatkowe punkty zdobywają jeszcze, wcześniej niemal już skreślony przez Francuzów, Emmanuel Macron i uznawana trzy miesiące temu za politycznego emeryta, Angela Merkel. Wszystko wskazuje na to, że epidemia przyniesie im społeczną legitymację na przywództwo podczas dalszego ciągu kryzysu. Czy utrzymają władze na tyle długo, by doczekać jego końca? Nie sposób dziś powiedzieć.

W Polsce sytuacja jest o tyle zagmatwana, że główne nici władzy dzierży w swym ręku Jarosław Kaczyński, który w żaden sposób nie uczestniczy w walce z epidemią. Nominalnie głową państwa jest prezydent, lecz jeśli Andrzej Duda utrzyma się na tym stanowisku za sprawą planowanej na maj wyborczo-korespondencyjnej farsy, trudno wierzyć by ktokolwiek traktował jego osobę poważnie. Walką z kryzysem realnie zarządzają premier Morawiecki i minister zdrowia Szumowski, lecz w PiS żaden z nich nie ma statusu przywódcy. Taki układ polityczny coraz bardziej przywodzący na myśl rządy sanacji na początku Wielkiego Kryzysu pewnie przez jakiś jeszcze czas da radę stabilnie funkcjonować. Jednak brak w nim rzeczy kluczowej – cieszącego się powszechnym autorytetem przywódcy na ciężkie czasy. Po dokonaniu selekcji spraw na istotne i te zupełnie nieistotne ludzie nieuchronnie zaczną się za kimś takim rozglądać.