Komitet ds. bezpieczeństwa (choć z naszych informacji wynika, że formalna nazwa tego gremium może być ostatecznie inna), na czele którego ma stanąć wicepremier Kaczyński, ma jeden zasadniczy cel - bezpośrednio utemperować Zbigniewa Ziobrę, a pośrednio także jego ludzi. Można sobie wyobrazić, że raz w tygodniu minister sprawiedliwości i prokurator generalny sprawozdaje się Jarosławowi Kaczyńskiemu, Mariuszowi Kamińskiemu i Mariuszowi Błaszczakowi (w skład komitetu mają bowiem wejść przedstawiciele MSWiA i MON) z planowanych działań. Na bieżąco będzie więc otrzymywał od pisowskiej wierchuszki jasny sygnał, na co on i jego ugrupowanie może sobie pozwolić, a na co nie.

Reklama

Ma to utemperować zapędy Zbigniewa Ziobry, który do tej pory sprawiał wrażenie wolnego elektronu w rządzie, ścierającego się ze swoim zwierzchnikiem premierem Mateuszem Morawieckim, który pozwalał swoim “młodym wilkom” z Solidarnej Polski na otwieranie kolejnych frontów - czy to w kwestii LGBT czy spraw klimatycznych. Być może jednak jest to cena, jaką Ziobro musi zapłacić w zamian za utrzymanie stanowisk ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego oraz utrzymanie koalicji. Z drugiej strony można równie dobrze zadać pytanie, czy nie jest to deprymujące dla PiS i samego Kaczyńskiego, że w celu okiełznania swojego koalicjanta (patrząc z perspektywy prezesa partii rządzącej) i podwładnego (to perspektywa premiera Morawieckiego, wkrótce najpewniej człowieka numer dwa w PiS), trzeba powoływać specjalny komitet złożony z lidera całego obozu i przedstawicieli resortów siłowych.

Reklama

Ale samo wejście Jarosława Kaczyńskiego do rządu, mające być remedium na dotychczasowe problemy targające obozem rządowym, może być początkiem nowych. Najbardziej w oczy rzuca się potencjalna dysfunkcjonalność modelu, w którym z jednej strony Kaczyński pozostanie zwierzchnikiem Mateusza Morawieckiego (jako lider partii), a z drugiej będzie jego podwładnym jako wicepremier. To może generować co najmniej niezręczne sytuacje na posiedzeniach Rady Ministrów, bo choć formalnie prowadzić je będzie premier, to i tak wzrok członków jego gabinetu notorycznie będzie skierowany na jego zastępcę. A to już nic innego jak osłabienie pozycji Mateusza Morawieckiego, czyli nic innego jak granie do bramki ziobrystów. Pytanie oczywiście, na ile Jarosław Kaczyński - mający już swoje lata i borykający się z drobnymi kłopotami zdrowotnymi - będzie chciał angażować się w prace rządu. Jeśli jego zamiarem jest być jedynie rozjemcą i nadzorcą, takim "wicepremierem do spraw trudnych", konfliktu kompetencyjnego uda się raczej uniknąć. Pytanie, czy będzie to proste przeniesienie obecnego modelu obozu władzy, tyle że Kaczyński przestanie urzędować na Nowogrodzkiej, a przeprowadzi się na Aleje Ujazdowskie. Czy może wykorzystując swoją nową funkcję lider PiS zacznie jeszcze mocniej doraźnie ingerować w działania Mateusza Morawieckiego i jego gabinetu. To groziłoby deprecjacją pozycji premiera nie tylko w rządzie, ale także w kontekście spodziewanej na listopad nominacji Morawieckiego na wiceszefa PiS. Część działaczy partii - widząc, jak funkcjonuje w takim wariancie Rada Ministrów - mogłaby się jedynie utwierdzić w przekonaniu, że pozycja Morawieckiego w PiS jest wciąż fasadowa. Politycy partii rządzącej, którzy popierają pomysł teki wicepremiera dla Jarosława Kaczyńskiego, przekonują jednak, że to tylko wzmocni dobrze funkcjonujący tandem Morawiecki-Kaczyński. Jak wskazują, plusem może być również to, że skończy się wysyłanie emisariuszy na Nowogrodzką po każdej ważniejszej naradzie w Kancelarii Premiera.

Część posłów opozycji podnosi problem ewentualnego dostępu Jarosława Kaczyńskiego, jako wicepremiera i szefa komitetu ds. bezpieczeństwa, do wiedzy z prowadzonych przez prokuraturę śledztw. Pytanie jednak, czy to zagrożenie należy w ogóle wiązać z planowanym powstaniem komitetu. Po pierwsze, nie wiadomo, jakie kompetencje będą przysługiwać jego członkom oraz w jakiej roli Ziobro będzie się przed nimi sprawozdawał - bo być może tylko jako minister sprawiedliwości i rządowy koalicjant. Po drugie, Jarosław Kaczyński nie musi powoływać komitetu i wzywać Ziobry regularnie na dywanik, by posiąść tego rodzaju wiedzę. W zeszłej kadencji do ustawy o prokuraturze wprowadzono art. 12, zgodnie z którym Prokurator Generalny, Prokurator Krajowy lub inni upoważnieni przez nich prokuratorzy mogą przedstawić organom władzy publicznej, a w szczególnie uzasadnionych przypadkach także innym osobom, informacje dotyczące działalności prokuratury, w tym także informacje dotyczące konkretnych spraw, jeżeli informacje takie mogą być istotne dla bezpieczeństwa państwa lub jego prawidłowego funkcjonowania". Jak w 2017 roku donosił "Newsweek", w ciągu roku od wprowadzenia tego przepisu prezes PiS pozyskał informację o 13 toczących się postępowaniach.

Część komentatorów zwraca także uwagę, że od momentu wejścia Kaczyńskiego do rządu skończy się mówienie o "szeregowym pośle", który faktycznie rządzi krajem, a jednocześnie nie ponosi z tego tytułu żadnej formalnej odpowiedzialności. Sprawowanie funkcji wicepremiera faktycznie zbliża prezesa PiS do tego, by tę odpowiedzialność zaczął ponosić, ale niekoniecznie tak musi się stać. Być może nowa rola Kaczyńskiego będzie w jakimś sensie tytularna, tzn. będzie prowadzała się do nadzoru Zbigniewa Ziobry i trzymania pieczy nad poczynaniami rządu. Ale ostateczna odpowiedzialność będzie i tak spoczywała na premierze i poszczególnych ministrach.

Przed wychodzącą z ostrego konfliktu Zjednoczoną Prawicą etap dogrywania szczegółów, sporządzenia nowej umowy koalicyjnej i dopięcia rekonstrukcji rządu, w ramach której liczba resortów skurczy się z dzisiejszych ponad 20 do 14. Biorąc pod uwagę tempo ostatnich zdarzeń w polityce, można zakładać, że szybko się przekonamy, czy rzeczywiście czekają nas trzy lata względnego spokoju, pozwalającego na wdrożenie zapowiedzianej ofensywy programowej prawicy, czy może trzy lata rządów prawicy zajmującej się głównie sobą.