Na czym ty właściwie grasz: na pianinie czy fortepianie?

Reklama
Gram na obu tych instrumentach, aczkolwiek na większości nagrań słychać pianino. Ono słabiej się kojarzy z muzyką klasyczną i koncertami, raczej ze szkołą muzyczną i domem babci. To taki mniejszy i młodszy brat fortepianu.
Oglądałaś "Fortepian” z Holly Hunter?
Oczywiście.
Dla ciebie ten instrument to też towarzysz życia?
Doskonale rozumiem filmową bohaterkę. Jak tylko gdzieś pojawia się fortepian, podchodzę, siadam za klawiaturą i od razu czuję się bezpieczniej. Ze względu na rozmiar i kubaturę daje poczucie fizycznego schronienia. Człowiek zawsze czuje się dużo mniejszy od fortepianu – w wymiarze symbolicznym i dosłownym. Też mogłabym o nim powiedzieć, że jest moim domem w podróży. A przecież sporo podróżuję, dając koncerty w wielu miejscach.
Twoja ostatnia płyta – „Home” – to w zasadzie dziennik pokładowy spisany między Warszawą, Gdańskiem a Berlinem. Dlatego każda z kompozycji ma w podtytule nazwę któregoś z tych miast?
Wszystkie są mi bliskie. W Berlinie poszłam na studia i z powodów zawodowych nadal często się pojawiam – mieści się tam mój management oraz agencja koncertowa. Gdańsk to miasto rodzinne, a w Warszawie studiowałam na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. No i w każdym z tych miejsc pomieszkiwałam. Praca nad płytą to wielomiesięczny proces. Kiedy utwory są gotowe, można spojrzeć za siebie, gdzie to wszystko miało początek. Kompozycje są przystankami na mojej drodze. Koncerty pozwalają zobaczyć kawałek świata. Narracja albumu „Home” przypomina opowieść lub bajkę, gdzie bohater nie jest do końca rozpoznany.
Czy to nie paradoks, że płyta, która mówi o domu, jest w zasadzie o podróżowaniu?
Motyw opuszczania domu i wracania w rodzinne strony, i tego wszystkiego, co dzieje się między wyjazdem a powrotem, kojarzy mi się z hobbitowską włóczęgą. Albo z „Winterreise”, czyli z „Podróżą zimową” Franza Schuberta, którą pamiętam ze studiów. Płyta też została oparta na takim schemacie. Wychodzę z domu, ale zanim znowu przekroczę jego próg, przeżyję po drodze fascynującą przygodę. Ona pewnie trwałaby dłużej, gdyby nie pandemia.
Na pewno dojechałabyś do Katowic, ale to się w ostatnim czasie dwa razy nie udało. Twój koncert w sali koncertowej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia jest ciągle przekładany.
Już chyba wszyscy przywykli do chaosu. Choć niektórzy organizatorzy jeszcze przepraszają za usterki. Bo koncert miał się wydarzyć za tydzień, ale to już nieaktualne. A kiedy się odbędzie? A kto to może wiedzieć? Okropna sytuacja. Już nawet nie chodzi o muzyków, tylko właśnie o organizatorów czy agentów koncertowych, którzy ponoszą największe ryzyko. Nie ma nic pewnego. Pozostaje mieć nadzieję.
Pandemia to czas pokory?
Ja mam wrażenie, że to… czas przeszły. Pamiętam, jak stawiałam pierwsze kroki na scenie, a moja twórczość raczkowała.