Jaki kształt miała polska scena polityczna u progu roku 2001? Widoczne było szybkie słabnięcie Akcji Wyborczej Solidarność, pogłębiały się podziały wewnątrz Unii Wolności. W siłę rósł Sojusz Lewicy Demokratycznej. Był to znaczący potencjał do budowania nowych formacji politycznych?

Reklama

Prof. Antoni Dudek: Potencjał do budowania nowych partii istniał po prawej stronie sceny politycznej. Dla pogarszania się położenia AWS kluczowa była klęska Mariana Krzaklewskiego w wyborach prezydenckich. Nie dość, że Aleksander Kwaśniewski wygrał w pierwszej turze, to jeszcze Krzaklewski przegrał z Andrzejem Olechowskim. Ten rezultat uznano za klęskę Krzaklewskiego, który dotąd był niekwestionowanym liderem swojej formacji.

Sytuację partii sprawującej władzę pogarszała słabość rządu, który już od kilku miesięcy miał charakter mniejszościowy. Było jasne, że AWS i UW będą miały problem z utrzymaniem w miarę znaczącej pozycji politycznej, choć nikt jeszcze nie przypuszczał, iż ich klęska będzie tak wielka, że nie znajdą się w nowym Sejmie. Wydarzeniem bezprecedensowym w dziejach demokracji parlamentarnej było niewejście ugrupowań rządzących do nowego parlamentu.

Stopniowy rozpad AWS nałożył się na bardzo ostry konflikt wewnętrzny w Unii Wolności. Linia podziału biegła między „dawnymi unitami” z Unii Demokratycznej a byłymi członkami Kongresu Liberalno-Demokratycznego z Donaldem Tuskiem na czele, którzy w 1994 r. wspólnie tworzyli UW. Po sześciu latach od fuzji okazało się, że podział ten jest wciąż bardzo żywy. Po ustąpieniu z funkcji przewodniczącego Leszka Balcerowicza, który został prezesem NBP, doszło do rywalizacji o objęcie tej funkcji. Walkę między Bronisławem Geremkiem a Donaldem Tuskiem wygrał ten pierwszy. Do władz partii wybrano wyłącznie ludzi związanych z dawną Unią Demokratyczną. Liberałowie poczuli się dyskryminowani.

Na scenie politycznej pojawiły się zatem dwie siły odśrodkowe: byłych członków KLD i sfrustrowanych przedstawicieli formacji tworzących AWS. To drugie środowisko było zdominowane przez Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe z Janem Rokitą. Ważną rolę odgrywał w nim także marszałek Sejmu Maciej Płażyński. W ten sposób zaczynało się rysować grono założycieli przyszłej Platformy Obywatelskiej. Brakowało jeszcze przyłączenia się najważniejszego polityka, opromienionego swoim wynikiem wyborczym – Andrzeja Olechowskiego. Jego wielkim kapitałem było poparcie ponad 17 proc. wyborców. Miał więc szansę odegrania roli spiritus movens nowej inicjatywy. Porozumiał się z Donaldem Tuskiem, który pociągnął za sobą grupę polityków Unii Wolności, oraz z Maciejem Płażyńskim, który miał za sobą działaczy AWS. W ten sposób uformowała się grupa "trzech tenorów".

Andrzej Olechowski otrzymał wysokie poparcie w wyborach prezydenckich. W wywiadzie dla PAP stwierdził, że "nie planował działalności politycznej po wyborach". Czy rzeczywiście nie zakładał wykorzystania tak wielkiego kapitału politycznego?

Trudno mi odgadnąć jego motywacje oraz to, czy obecnie mówi prawdę. Bez wątpienia jednak w swojej kampanii wyborczej nie mówił o powołaniu nowej formacji. Występował jako kandydat bezpartyjny i podkreślał, że w przypadku zwycięstwa będzie kandydatem ponadpartyjnym. Oczywiście przed wyborami rozegrała się wewnątrz Unii Wolności walka o poparcie dla Olechowskiego. Za wsparciem jego kandydatury opowiadali się zwolennicy Donalda Tuska wywodzący się z KLD. Większość odżegnywała się od tego pomysłu. UW zdecydowała się na niewystawianie swojego kandydata. Było to wydarzenie bez precedensu w dziejach politycznych III RP.

Olechowski zmienił zdanie pod wpływem dobrego wyniku oraz namów przedstawicieli wielu środowisk. Najgłośniejszym nazwiskiem wśród jego zwolenników był były oficer wywiadu PRL i szef UOP Gromosław Czempiński. Po latach Czempiński nieopatrznie powiedział, że brał udział w rozmowach poprzedzających powstanie nowej inicjatywy politycznej. To raczej fakt niesprzyjający wizerunkowo. Udział byłych oficerów służb specjalnych w budowaniu ugrupowania politycznego nie jest czymś, czym to ugrupowanie chciałoby się chwalić. Do dziś nie napisano żadnej monografii lub artykułu naukowego, które opisywałyby kulisy tworzenia Platformy Obywatelskiej. Nie ulega jednak wątpliwości, że kluczowe było porozumienie Olechowskiego, Płażyńskiego i Tuska.

Wśród "trzech tenorów" był marszałek Sejmu, wicelider wyścigu prezydenckiego i wicemarszałek Senatu. Donald Tusk wydawał się najsłabszym spośród liderów nowej partii, ale w ciągu zaledwie trzech lat całkowicie zdominował formację i stopniowo wyeliminował pozostałych liderów. Jak doszło do zwycięstwa potencjalnie najsłabszego spośród założycieli PO?

W życiu politycznym istnieje wiele kategorii polityków. Część można określić jako "urzędników państwowych", którzy w celu piastowania funkcji urzędniczych uczestniczą w polityce. To cecha Andrzeja Olechowskiego, który był ministrem spraw zagranicznych, oraz poniekąd Macieja Płażyńskiego budującego swoją popularność przez pełnienie funkcji wojewody gdańskiego. Najbardziej klasycznym przykładem takiego polityka był Leszek Balcerowicz, który nienawidził polityki partyjnej, ale pełnił funkcje państwowe w celu realizacji swojego programu gospodarczego. Drugim typem polityka jest "działacz partyjny", czyli m.in. Donald Tusk, który do 2007 r. nie pełnił funkcji urzędniczych.

Symboliczna dla ewolucji polskiej sceny politycznej jest zmiana, która zaszła między dekadą lat dziewięćdziesiątych i dwiema kolejnymi. Po roku 2000 "działacze partyjni" wyparli "urzędników". Ci pierwsi traktowali politykę jako grę i ich głównym celem było przejęcie władzy. Działacze partyjni nie mają wizji państwa i gorączki reformatorskiej. Ta cecha była szczególnie widoczna w myśleniu Donalda Tuska, który po dojściu do władzy oskarżał m.in. Jarosława Gowina o "szajbę reformatorską". Po 2001 r. okazało się, że w Platformie Obywatelskiej na takiego polityka jest większe zapotrzebowanie.

Poza tym Tusk w zbudowanie swojej pozycji wewnątrz PO włożył ogromny wysiłek. Jeździł w teren i spotykał się z lokalnymi działaczami. Nie robili tego dwaj pozostali tenorzy, szczególnie Olechowski, który nie lubił klasycznej, ciężkiej roboty partyjnej i oddał walkę o partię walkowerem. Nigdy nie zbudował własnej frakcji. Tymczasem Tusk stworzył ją błyskawicznie. Bardzo szybko pojawił się w niej m.in. Grzegorz Schetyna. Jego talenty organizacyjne bardzo wzmocniły pozycję Tuska. Konflikt między nimi rozpoczął się dopiero kilka lat później, po dojściu PO do władzy.

W 2001 r. powstało również Prawo i Sprawiedliwość. W 2005 r. obie partie zdominują polską scenę polityczną. Czy można traktować rok 2001 jako moment przełomowy w dziejach polskiej sceny politycznej, który stanowi cezurę między pełnymi chaosu latami dziewięćdziesiątymi a okresem wielkich, stabilnych i silnych ugrupowań?

Zdecydowanie tak. Wielokrotnie mówiłem i pisałem, że uważam ten moment za przełomowy. Rok 2001 uznaję za najważniejszą cezurę dzielącą okres chaosu partyjnego od czasów porządkowania sceny politycznej. To wówczas do dwóch partii postkomunistycznych (PSL i SLD) dołączają PO i PiS. Ta czwórka jest fundamentem polskiego życia politycznego. Oczywiście dołączały do nich inne formacje. W 2001 r. były to Liga Polskich Rodzin i Samoobrona, później Ruch Palikota, Kukiz ’15, Nowoczesna, Konfederacja. Istnieje więc pewna rotacja, ale zawsze są to formacje słabsze od tych dwóch najważniejszych graczy.

Reklama

Do stabilizacji sceny politycznej przyczyniła się także ustawa o finansowaniu partii politycznych, która weszła w życie w 2001 r. Budżet państwa rozpoczął dotowanie ugrupowań przez subwencje. Były to środki nieporównywalne z tymi, którymi dysponowały partie w latach dziewięćdziesiątych. Oczywiście nie zapobiegło to rozłamom, ale budowniczy nowych formacji muszą budować swoje partie niemal od zera. Polityka stawała się coraz bardziej profesjonalna i kosztowna, a to dawało przewagę starym graczom. To działało na niekorzyść Socjaldemokracji Polskiej Marka Borowskiego, Ruchu Palikota, czy partii zakładanych przez rozłamowców z PiS. Musieli zdobyć przynajmniej 3 proc. głosów, aby uzyskać jakiekolwiek finansowanie. Ten system jest często krytykowany, ale skutkiem jego wprowadzenia było przede wszystkim ustabilizowanie sceny politycznej.

W jaki sposób Platforma Obywatelska tak łatwo zdobyła poparcie, które było niewyobrażalne dla ugrupowania, z którego wywodziła się większość jej działaczy, czyli Kongresu Liberalno-Demokratycznego?

Największe sukcesy PO osiągnęła w 2007 i 2011 r. W 2005 r. niemal zremisowała z PiS. W miejsce skompromitowanego SLD wyrosły dwie nowe siły. Część wyborców umiarkowanie lewicowych stwierdziła, że nie może głosować na SLD i formacje posteseldowskie. Ich wyborem stała się partia, którą postrzegali jako centrolewicową. W Platformie bardzo silne było centrum, ale istniało również skrzydło liberalne, które przyciągało wyborców socjalliberalnych.

PO w 2005 r. cieszyła się już bardzo dużym poparciem. Ówczesne porażki wyborcze były więc dla jej działaczy dużym zaskoczeniem…

Po czterech latach istnienia działacze PO doświadczyli ogromnego rozczarowania. Uważali, że wybory parlamentarne i prezydenckie w 2005 r. zakończą się ich zwycięstwem. Stało się dokładnie odwrotnie. Nie została zawiązana koalicja PO-PiS, której wszyscy się spodziewali. Gdyby wybory roku 2005 zakończyły się innym rezultatem i nastąpiłoby zwycięstwo PO przynajmniej w jednych wyborach, to być może ta koalicja zostałaby zawarta. Szybko jednak okazało się, że pogłębiający się konflikt jest dla obu formacji korzystny. Dowodem na to były wybory w 2007 r., w których oba ugrupowania miały znacznie więcej głosów niż dwa lata wcześniej. Polaryzacja pomagała zdobywać nowych zwolenników. Marek Migalski zauważył wówczas, że "gdzie dwóch się bije, tam obaj korzystają".