Trudne pytanie. Ja myślę raczej o sukcesach. Jeśli jednak miałbym o tym mówić, wskazałbym raczej dwie trudności, które spowodowały, że nie mogliśmy zrobić
pewnych rzeczy w takim tempie, jakbyśmy chcieli. Pierwsza to kwestia budowy dróg. Mimo że dziś buduje się w Polsce tak wiele jak nigdy przedtem, zaniedbania poprzedników sprawiły, że
musieliśmy przygotować dwie nowe ustawy: tzw. specdrogową i specjalną środowiskową, by przyspieszyć realizację ambitnego planu, o którym mówiliśmy w trakcie wyborów. To zajęło naprawdę
sporo czasu - dlatego szkoda, że z tak negatywnym bagażem musieliśmy rozpoczynać realizację naszych zobowiązań.
Druga rzecz to pewien opór biurokratyczny. Na tabliczkach z pismem klinowym z czasów sumeryjskich, np. w ówczesnych listach, zachowało się mnóstwo skarg na biurokratów. Nic więc, można by powiedzieć, wiele nie zmieniło się od pięciu tysięcy lat. My chcemy jednak zdecydowanie zmienić tę rutynę myślenia, którą można uznać za mentalny problem kasty urzędniczej. Jesteśmy wciąż więźniami carskiej rutyny, według której obywatel ma być zawsze petentem, a państwo łaskawie może mu na coś zezwolić. Widać to na przykładzie ustawy o swobodzie gospodarczej. Niby była już gotowa...
Tak. Urzędnicy ministerialni niższego szczebla przysłali do niej aż kilkaset poprawek, które nie tylko spowalniały prace, lecz w istocie wywracały jej istotę. I takie przeszkody trzeba
wciąż przezwyciężać.
Taką ocenę łatwiej wystawić po czterech latach działania. Natomiast po pierwszym roku z punktu widzenia społecznego najważniejszym osiągnięciem będzie z jednej strony derogacja, czyli
uproszczenie przepisów, z drugiej przygotowanie ustaw, które pozwolą dokończyć trzy podstawowe reformy: ochrony zdrowia, emerytalną i administracyjną. Ta ostatnia to przekazanie wielu
kolejnych kompetencji samorządom, które będzie skutkowało zbliżeniem władzy do obywateli. Nie zapominajmy też o sukcesach w polityce międzynarodowej czy racjonalnie prowadzonej polityce
budżetowej, która jest tak ważna w dobie światowego kryzysu. A czy do podręczników nie trafi dobrze wynegocjowana przez rząd Donalda Tuska tarcza antyrakietowa? Czy w kalendarium wydarzeń z
początku XXI wieku nie znajdzie się data wycofania polskiego wojska z Iraku? Być może niektórych to zdziwi, że wśród tak ważnych spraw, które wymieniłem, umieszczę także budowę boisk z
programu Orlik, ale uważam, że ma ona niezwykłe znaczenie cywilizacyjne, bo daje kilka rzeczy naraz: tworzy nowoczesne miejsce do uprawiania sportu, organizuje wolny czas młodzieży i daje
zarazem szansę na nieagresywną rywalizację, a to znaczy, że ofiarowuje ciekawsze zajęcia niż pod zardzewiałym trzepakiem w blokowisku. Bardzo chciałbym, żeby ten rząd uczynił podobne kroki
w dziedzinie kultury. Nowoczesne biblioteki, by podobnie jak w orlikach wypełniać mądrze wolny czas, przybliżyć młodym ludziom książkę, internet, dobry film czy też kontakt z teatrem.
Należy wystrzegać się pychy. Nie jest tak, że skoro nasze notowania są tak wysokie, to po ogłoszeniu wyborów sytuacja Platformy byłaby równie dobra.
B
Właśnie. Z doświadczeń, również cudzych, należy wyciągać wnioski. Choć jestem przekonany, że te wybory wygralibyśmy z dużą przewagą. Ale pychy trzeba się wystrzegać. Należy też
przestrzegać naszej obietnicy. Idąc do wyborów, obiecaliśmy, że ludzie będą mieli większy spokój w polityce, że nie będzie zbędnych konfliktów i zawirowań i że tym razem minie bez
zakłóceń pełna kadencja.
Rzeczywiście opozycja w ogóle nie myśli, jak z nami skutecznie walczyć. Stosuje stare i zgrane chwyty. W obydwu głównych partiach opozycyjnych - PiS i SLD - widoczny jest wyraźny kryzys
przywództwa. Zmiana w SLD, mówiąc oględnie, nie była szczęśliwa. A w PiS widoczny kryzys przywództwa Jarosława Kaczyńskiego w każdej chwili może stać się dramatycznym problemem dla tej
partii. Ostatni, mało estetyczny konflikt z Ludwikiem Dornem, jeszcze niedawno zwanym trzecim bliźniakiem, pokazuje, że atrofia może sięgnąć każdej części PiS. W zależności od humoru lub
kaprysu Kaczyńskiego jakaś część PiS może być marginalizowana, eliminowana lub bezkrytycznie dopuszczana blisko ucha wodza. To nie jest sposób na zarządzanie partią, która chce wrócić do
władzy. W PiS nie było żadnego przegrupowania sił po przegranych wyborach. Rozumiem, że wynik wyborczy usatysfakcjonował ich jako swoista nagroda pocieszenia. Zachłysnęli się tym, że
zagłosowało na nich kilka milionów ludzi, ale przy tamtej polaryzacji to było naturalne, nie był to żaden sukces. Ale minął rok, a PiS balansuje na granicy 20 proc. I jeśli skupi się na
utwardzaniu tych 20 proc., to spadnie do poziomu 13-, 15-proc. poparcia, bo zawsze można chcieć twardziej. Wtedy się rozpadnie. Nie widzę tam w tej chwili świeżej krwi.
Nie ma takiego planu. To tylko jedna z licznych spekulacji.
Śledziłem dyskusję w DZIENNIKU w tej sprawie. Niestety brak czasu nie pozwolił mi na zabranie w niej głosu. Ale widzę w niej głębokie nieporozumienie, niezrozumienie tego, na czym polega
sukces Donalda Tuska i całego rządu PO - PSL. Przypomnijmy sobie oskarżenia pod adresem Tuska, że wychował się na podwórku, a nie na Żoliborzu. Otóż właśnie my nie musimy schlebiać
innym, by zyskiwać poklask, gdyż jesteśmy normalni, tacy jak inni, toteż ludzie mogą się z nami w miarę łatwo, spokojnie, bez wewnętrznego dyskomfortu utożsamiać lub przynajmniej
przyjaźnie nas tolerować. A my staramy się przede wszystkim, by rozumieli, o co nam chodzi, nad czym pracujemy, co i jak chcemy dla kraju zrobić.
Innymi słowy, są dwie kwestie. Po pierwsze Tusk jest wędrowcem wśród wędrujących, przywódcą lecz zarazem pielgrzymem, który idzie razem z ludźmi i dobrze wie, co ludziom przeszkadza w tej drodze do wspólnego sukcesu oraz dobrobytu czy osiągnięcia poczucia większego bezpieczeństwa. Po drugie stosujemy prosty przekaz, w którym przecież chodzi tylko o to, by w sposób czytelny i nieagresywny przedstawiać cele, które chcemy osiągnąć. Ponieważ wyobraźnią społeczną w znacznym stopniu rządzą media, a nie politycy (McLuhan miał rację), to naszym zadaniem jest dotrzeć do ludzi niejako obok mediów, choć przy ich pomocy. Można mówić w taki sposób, by potem mediom było trudno inaczej opisywać to, o czym mówiliśmy, niż sami tego chcemy. Wiele z nich będzie oczywiście budować do naszych komunikatów proste negacje lub próbować unieważniać ich doniosłość, jednak w istocie niosąc ten sam przekaz w swoim wnętrzu, jeszcze go tylko przez krytyczny kontrast - jeśli mamy rację - uwyraźniając. Ważne jest dotarcie szczególnie do tych, którzy czują się z nami związani: do ludzi ambitnych, kształcących się, dążących do sukcesu zawodowego, tych, którzy chcą takimi być albo robią wszystko, żeby takimi były ich dzieci. My jesteśmy podobni do nich, idziemy razem do tego samego, w istocie głęboko patriotycznego celu. W tym przypadku mówimy o ambitnych celach, bo ambitni są właśnie ci ludzie. Proponujemy wobec tego reformy, ale niebolesne. Bo nie ma powodu, by komukolwiek zadawać ból, jeśli ostre cięcie nie jest potrzebne dla ratowania życia. W Polsce zresztą, o czym mówił premier Tusk, zbyt długo i zbyt wiele wymagano od ludzi poświęceń i wyrzeczeń. A ważne cele trzeba osiągać w konsensusie społecznym. My jak żaden z innych rządów prowadzimy nieustające negocjacje - Komisja trójstronna, biały szczyt, spotkania premiera i ministrów z mnóstwem środowisk społecznych. Dopiero na końcu są ustawy, "rewolucja październikowa" - czyli w pełni dopracowane i omówione projekty. Poprzednicy pozostawili po sobie wystarczającą liczbę bubli.
Czy kiedyś nie było takich narzekań? Ale niech pan zauważy, to chyba pierwsza koalicja, w której współpraca sejmowej większości z własnym rządem idzie tak dobrze. To nie powinien być atut
tego rządu, to powinna być normalność w każdym środowisku, które ma ambicje rządzić prawie 40-milionowym krajem.
Akurat przykład komisji Palikota pokazuje, że można wyżyć się w Sejmie.
Bilans jest całkiem przyzwoity. Jej najważniejsze propozycje są już uzgodnione z Ministerstwem Finansów. To będzie jeden z głównych elementów zmian legislacyjnych w październiku.
Uproszczenie przepisów wiąże się z około 70 nowelizacjami ustaw. Momentem próby będzie dla nas ustawa budżetowa. Poprzednia przygotowana jeszcze przez PiS, a przez nas z konieczności tylko
retuszowana, została przyjęta praktycznie bez żadnej poprawki (z wyjątkiem jednej uzgodnionej). To pierwszy przypadek po 1989. Taka dyscyplina jest bardzo ważna. Dziś zmusiliśmy do
oszczędzania ministerstwa i urzędy centralne. Posłowie też powinni mieć szacunek do takiego zaciskania pasa. Z kolei zwiększamy m.in. wydatki na drogi i zdecydowaliśmy się dać 25 proc.
więcej na naukę, bo chcemy by Polska stała się krajem innowacyjnym. Chodzi o to, by myśl twórcza powstawała u nas, by w przyszłości stała się dźwignią naszego eksportu.
Tu chodzi o coś innego. Duże projekty, np. dotyczące zmiany systemu ochrony zdrowia, zostały dokończone i w tej chwili można nad nimi głosować. Z drugiej strony duża część projektów
dotyczy uproszczenia przepisów, które likwidują wiele dotychczasowych barier.
Minister Kownacki jest człowiekiem świeżym w polityce i chyba nie do końca wie, jak powinien zachowywać się szef Kancelarii Prezydenta. To, co jest implementacją prawa unijnego do polskiego,
to nadrabianie zaniedbań także po rządach PiS. Jest naprawdę wiele opóźnień po poprzednikach.
Sądzę, że nasza praca dociera do ludzi. Mamy ponad 50 punktów proc. poparcia - nie dlatego że nic nie robimy. Bez żartów. Nie można uważać społeczeństwa za zbiór idiotów, ludzi, którzy
nie wiedzą kogo i dlaczego popierają. Analizy w rodzaju, że PO, Tusk i rząd mają tak wysokie poparcie po roku, kiedy inne rządy już się zużywały, bo to wynik wyłącznie PR, jest
uproszczeniem opisu i rezygnacją z wysiłku intelektualnego. Nasze poparcie razem z PSL - bywa, że przekracza 60 proc. Opowiadanie, że to wynik pracy tłumaczy cudzych przepisów wskazuje, że
nasi przeciwnicy dalej nie znają sposobu, jak z destrukcji przejść do poważnej opozycji. A minister Kownacki szybko zasłużył na tytuł w niezwykle szkodliwej kategorii - mistrza negacji.
Zdaje się, że każda partia ma swoje indywidualności, niepokornych graczy. W PiS chyba nie ma takich. Choć nie, poseł Girzyński poszedł samotnie do TVN 24... Natomiast zachowania młodych
działaczy PiS na słynnym szkoleniu czy też wpisy o premierze na ich wewnętrznym forum świadczą, że potrafią przebić największych skandalistów w polityce, a Palikot jest przy nich
aniołkiem. Platforma zawiera w sobie bogate spectrum postaci, ale gdy przychodzi do ważnych głosowań, zawsze jesteśmy razem.
Bo partia jest zespołem, choć nie we wszystkim. Różnimy się poglądami, szczególnie w sprawach światopoglądowych, np. w kwestii zapłodnienia in vitro. Ale to nie znaczy, że nie możemy
razem budować nowoczesnej Polski.
Przecież media wręcz czekają na takie sytuacje. Skandale, mocne wypowiedzi ...
Rozmawiałem z Januszem Palikotem i mówiłem mu, by przynajmniej na tyle się powściągnął, aby jego zachowania nie przesłaniały naprawdę pożytecznej pracy komisji Przyjazne Państwo. Ale
temperament jest temperamentem.
PR jest potrzebny tylko w jednym celu: by nasze działania były zrozumiałe. By dotrzeć z prostym przekazem do każdego, kto nas chce usłyszeć. Nie po to, by stawiać koturny rządzącym
politykom ani budować osłony dla działań pozornych, bo to nie jest skuteczne na dłuższą metę. Nie używamy PR po to, by poprawiać sobie sondaże, nie w rządzie. Stosowanie PR do maskowania
braków nie ma sensu, zawsze się mści. To tak jak z bankami: gdy naobiecują za dużo i jeszcze same w to uwierzą, to potem padają jak dziś niektóre amerykańskie kolosy. Nikt z nas, mówię o
otoczeniu premiera, nie naraziłby Platformy czy całej koalicji, by wpadła w jakąś próżnię z powodu magicznych zaklęć.
Nie ma możliwości, by inteligentny obserwator sceny politycznej w Polsce dał zwieść się pozorom i głosował na PO tylko dlatego, że ta używała tego rodzaju narzędzi...
Nasze realne działania są bardzo widoczne i dlatego mamy tak wysokie poparcie. W Izdebkach na Podkarpaciu, regionalnym bastionie PiS, otworzyliśmy boisko orlik i w tej gminie wygraliśmy w
wyborach uzupełniających do Senatu. Jeśli zmieniamy rzeczywistość, ludzie widzą, że budujemy drogi, że podpisujemy umowę na kolejny odcinek autostrady, to są to konkrety. I jeśli naprawdę
coś tam zmienia się dzięki naszej aktywności, to ludzie uważają, że rządzący sprawują się dobrze. Wtedy nie potrzeba PR. Trzeba tylko dotrzeć z przekazem, że właśnie obok powstało
nowe boisko. Po to czasem otwiera je premier, kopie pierwszą piłkę, by ludzie z sąsiednich gmin wiedzieli, że u nich też może powstać takie boisko. A jak nie powstaje, to niech idą do wójta
czy burmistrza i powiedzą: "dlaczego w sąsiednim powiecie są już trzy orliki, a u nas nawet przetarg nie został zrobiony?". Samorządowcy wtedy muszą wziąć się do
roboty.
Każdy z nich wypowiadał się bardzo osobiście, natomiast Platforma ma pewne przekonanie wspólne: IPN to instytucja potrzebna, zwłaszcza jeśli chodzi o badanie przeszłości: obiektywne,
rzetelne, niewycinkowe. Potrzebny jest też jako instytucja edukacyjna. Natomiast stawia się w Platformie znak zapytania w kwestii, czy taka instytucja powinna mieć pion prokuratorski, czy dobre
jest połączenie działalności naukowej ze śledczą. To sprawa do rozstrzygnięcia. Bez wątpienia co do jednego dzisiaj się zgadzamy w Platformie, że IPN ma bardzo słabego, stronniczego
szefa.
Owszem, głosowaliśmy za nim. Dlatego tym bardziej jest to przykre, że prezes Kurtyka nie sprawdził się na tym stanowisku.
Mogę tylko wrócić do temperamentu Janusza. Jest nieokiełznany.
Gdyż nie uważam, że partia to miejsce, w którym wszyscy muszą mówić jak w chórze, jednym głosem.
W kwestiach patriotyzmu czy bezpieczeństwa kraju, owszem. Ale w innych powinniśmy się spierać i mieć różne poglądy. Osobiście nigdy w życiu bym nie pozwolił na spalenie żadnych akt, bo w
Polsce zbyt wiele dokumentów spłonęło bądź zaginęło, choćby podczas II wojny światowej. Wielu rzeczy z naszej przeszłości nie jesteśmy w stanie dziś odtworzyć, bo akta zostały
zniszczone. Masę dokumentów zniszczyły służby komunistyczne, przez co nie dowiemy się o wielu sprawach. To fatalne, bo nawet najgorsze ślady z własnej przeszłości trzeba przechowywać, by
następne pokolenia wyciągały wnioski z tego, co się działo dawniej. Palenie archiwów jest więc absurdem.
Mam nadzieję, że dyscyplina nie będzie potrzebna. Ale nie stać nas na dodatkowe dni wolne, jesteśmy na dorobku. To nie jest sprawa światopoglądowa. Przecież to święto jest obchodzone,
większość członków PO idzie wtedy do kościoła. Tu chodzi o to, że ma to być dzień wolny od pracy. Żądanie wolnego jest w istocie pomysłem czysto związkowym. Jerzy Kropiwnicki
przyniósł pod sztandarem święta kościelnego żądanie związkowców.
To nieprawda, jak już wspominałem. Jesteśmy chyba pierwszym rządem, który z takim szacunkiem wysłuchuje różnych grup społecznych i podejmuje decyzje po starannych konsultacjach. Nie znaczy
to, że rząd - szczególnie w czasie zapaści gospodarczej na międzynarodowych rynkach finansowych - będzie ulegał nadmiernym żądaniom płacowym i socjalnym.
Oczywiście. Zadaniem związków jest bronienie praw pracowniczych, tymczasem społeczeństwo oczekuje od rządu odpowiedzialnych za państwo decyzji w tych sprawach.
*Rafał Grupiński, historyk, sekretarz stanu w kancelarii premiera