Dziennik Gazeta Prawana logo

Fałszowanie wyborów? Lepiej stworzyć reguły gry, dzięki którym nie da się przegrać

1 maja 2021, 10:11
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Sala obrad Sejmu
<p>Sala obrad Sejmu</p>/Shutterstock
Dziś większość polityków o zapędach autorytarnych nie ucieka się do fałszowania wyborów. Lepiej stworzyć takie reguły gry, dzięki którym po prostu nie da się przegrać. I właśnie taką strategię próbuje realizować obóz rządzący.

Po tym, jak tak zwany Trybunał Konstytucyjny pozbawił Adama Bodnara prawa do sprawowania funkcji rzecznika praw obywatelskich do czasu wyboru następcy, funkcjonariusze mediów rządowych rzucili się do tłumaczenia, że wszystko jest w porządku. A przy okazji do wyśmiewania tych, którzy w działaniach PiS-u widzą poważne zagrożenie.

„Najdłuższa śmierć demokracji na świecie. Ile to już lat?” – napisał na Twitterze pracownik państwowego radia i telewizji Bartłomiej Graczak, kpiąc z wypowiedzi sędziego Krystiana Markiewicza. Śmieszność Markiewicza – prezesa Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” – miała polegać na tym, że jego zdaniem usunięcie Bodnara z urzędu pokazuje, jak „umiera demokracja”.

Alarmistyczne słowa wielu innych prawników, dziennikarzy, komentatorów także budzą wśród zwolenników PiS uśmiech. Z prostego powodu – o upadku demokracji słyszymy od dawna, a powtarzające się ostrzeżenia tracą siłę przebicia. Kłopot w tym, że to ostrzegający, a nie kpiący mają rację.

Jak umiera demokracja

Jeśli ktoś w ogóle myśli o śmierci demokracji, to zapewne wyobraża sobie dramatyczne przewroty, liczne demonstracje, płonące samochody, wojsko na ulicach i ponurych panów w mundurach ogłaszających w telewizji nowe porządki. Oczywiście zdarza się, że demokracja umiera w sposób spektakularny. Częściej jednak rozkład następuje powoli, a kolejnych kroków przybliżających koniec niemal nikt nie dostrzega. Co więcej, atak przychodzi „z rąk nie tyle generałów, ile demokratycznie wybieranych przywódców – prezydentów i premierów podważających dokładnie ten sam proces, który doprowadził ich do władzy” – pisze w książce „Tak umierają demokracje” para amerykańskich politologów z Uniwersytetu Harvarda Steven Levitsky i Daniel Ziblatt. Paradoksalnie taki model dobijania demokracji może się okazać groźniejszy niż spektakularne przewroty. „Ponieważ nie ma jednego przełomowego momentu – żadnego zamachu stanu, żadnego wprowadzenia stanu wojennego czy zawieszenia konstytucji – który sugerowałby, że reżim ewidentnie «przekroczył granicę» i stał się dyktaturą, nic nie jest w stanie uruchomić w społeczeństwie syreny alarmowej”, tłumaczą autorzy.

W tym drugim wypadku rozmontowywanie demokracji przypomina nieco łysienie. Po pierwsze, to proces, a nie jednorazowy akt. Po drugie, nikt nie potrafi dokładnie powiedzieć, kiedy łysiejący człowiek staje się łysy, a kiedy za łysego uznać go jeszcze nie wypada. Każdy jednak jest w stanie stwierdzić, że delikwent ma coraz mniej włosów i każdy wie, kiedy z pewnością łysym się staje. Ale wtedy na reakcję jest już za późno.

CAŁY TEKST CZYTAJ W INTERNETOWYM WYDANIU MAGAZYNU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ">>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj