"Maszeruj albo giń" ("Marche, ou crève") – ta stara dewiza Legii Cudzoziemskiej niesie uniwersalne przesłanie. Gdy jest się na pustyni lub na wojnie i nie ma dość sił, by przetrwać długi marsz, wówczas koniec może być tylko jeden. Jak on wygląda oznajmiają bielejące przy drodze kości tych, którym niegdyś zabrakło sił i determinacji.

Reklama

Chcąc obejrzeć sobie kogoś bez determinacji nie trzeba szukać daleko. Wystarczy rozejrzeć się wokół. Popatrzeć sobie na obóz władzy, na resztę elit politycznych, wreszcie na całą III RP. Widać przy tej okazji wszechogarniający syndrom wyparcia. Jest on opisywany w podręcznikach psychologii, jako kluczowy mechanizm pozwalający: „ukrywać wydarzenia przed świadomością”.

Radykalny zwrot Waszyngtonu

Do świadomości nie dociera więc, że nowa administracja w Waszyngtonie dokonuje radykalnego zwrotu w swym strategicznym podejściu do tej części świata, po środku której leży Polska. Przewidzenie tego już pół roku temu nie wymagało specjalnego wysiłku. Tu pozwolę sobie na autocytat (z tekstu opublikowanego na łamach dziennik.pl 21 listopada 2020). „Gdy w Białym Domu zacznie urzędowanie Joe Biden, wówczas powrotowi do serdecznej przyjaźni (Niemiec i USA – przyp. aut.) z czasów prezydentury Obamy niewiele rzeczy będzie stało na przeszkodzie” – brzmiał.

Na przeszkodzie do niedawna stał przede wszystkim spór o Nord Stream2. Chcąc go wygasić, bez wchodzenia w konflikt z nadal bardzo antyrosyjskim Kongresem, administracja Bidena wykonała popisowy piruet. Najpierw nowy prezydent dał pokaz twardości i nazwał Władimira Putina „zabójcą”, grożąc zaostrzeniem sankcji. Równocześnie rozpoczął pośpieszne ocieplanie, tak bardzo ochłodzonych za czasów Donalda Trumpa, relacji z Berlinem. Kolejnym krokiem stało się zaniechanie sankcji, mogących zablokować budowę rurociągu NS2. Wreszcie w tym tygodniu Joe Biden szczerze przyznał: „Jego budowa była prawie zakończona, gdy objąłem urząd i nałożenie sankcji w tym momencie byłoby szkodliwe dla naszych relacji z Europą”. Pełny obrót w piruecie może zostać domknięty już 16 czerwca. Wówczas w Genewie Biden spotka się z „zabójcą” Putinem, by podjąć próbę znalezienia kompromisu. Stany Zjednoczone będą ważyć, co można zaoferować Kremlowi w zamian za zachowanie przynajmniej neutralności podczas konfliktu USA z Chinami (tu trwa dla Ameryki jej „długi marsz”) oraz za powstrzymywanie się od destabilizowania Unii Europejskiej. UE pod niemieckim przywództwem, potrzebna jest Ameryce jako sojusznik. Z kolei prezydent Rosji powalczy o to, by Waszyngton uznał go za równorzędnego gracza na arenie światowej oraz przestał przeszkadzać w rozszerzaniu rosyjskich wpływów na kraje, wchodzące niegdyś w skład ZSRR (może z wyłączeniem na dziś państw nadbałtyckich).

Reklama

Słowa, słowa, słowa...

Polski rząd możliwości wpłynięcia na to, co zostanie zdecydowane w Genewie, ma mniej więcej takie jak zdolności do zablokowania dokończenia Nord Stream2. Jak skuteczne narzędzia nacisku obecnie posiada, już nawet nie na Rosję, ale nawet wielokroć mniejszą Białoruś, widać od momentu, gdy prezydent Łukaszenko nakazał porwać samolot Ryanair. Białoruski myśliwiec przechwycił cywilną maszynę, należącą do zarejestrowanej w Warszawie spółki RYANAIR SUN. Służby dyktatora wywlekły z niej na lotnisku w Mińsku opozycjonistę Romana Pratasiewicza i jego partnerkę, a polską odpowiedzią na to były słowa, słowa, słowa.

Zablokowanie lotów białoruskich linii Belavia oznacza tyle, że pasażerowie będą musieli się przesiąść do samolotów Aerofłotu. Zresztą białoruski narodowy przewoźnik może okazać się za kilka lat zupełnie zbyteczny. Porwanie Pratasiewicza, w którym oprócz białoruskiego KGB najwyraźniej współuczestniczyły rosyjskie służby specjalne, to kolejna znakomita wiadomość dla Kremla. Przez lata Aleksander Łukaszenka zręcznie manewrował ciągnąc liczne korzyści ekonomiczne z bliskich relacji z Rosją, unikając jednocześnie zwasalizowania. Brutalne spacyfikowanie buntu obywateli, aresztowania wśród opozycjonistów, tortury, coraz więcej tajemniczych zgonów, wreszcie porwanie samolotu, zmieniają diametralnie sytuację.

Prezydent Białorusi przerażony tym, jak bardzo znienawidzili go poddani, skazał się na opiekę Kremla. To oznacza, że procesu stopniowego „wchłaniania” małego kraju przez Rosję nic już raczej nie zatrzyma. Za trzy-cztery lata zniknie kolejny element naszej strefy buforowej i polska granica z Federacją Rosyjską wydłuży się do ponad 600 km. Ze wszystkimi tego konsekwencjami strategicznymi dla obronności III RP. W tym samym czasie uwaga Stanów Zjednoczonych będzie się koncentrować coraz bardziej na Chinach. Jeśli idzie o zdolności Unii Europejskiej do skutecznego powstrzymywania apetytów Mokwy, to nawet w Warszawie nikt już nie żywi większych złudzeń. Zwłaszcza, gdy dla Berlina pozostaje rzeczą naturalną robienie interesów z Rosją, jeśli służą one dobru Niemiec.

Ten stan rzeczy oznacza dla Polski, że bezpieczniejsze czasy mogą powrócić dopiero, gdy obecny lokator Kremla stanie przeszłością. Rządy twardej ręki uskuteczniane przez Władimira Putina, wyduszają z Rosji wszystkie siły witalne. Jeśli ekspansję na wielu frontach usiłuje prowadzić biedniejące państwo uzależnione od eksportu surowców, z kurcząca się coraz szybciej ludnością, to gdy groźny car znika ze sceny, wówczas nadciąga głęboki kryzys. W rosyjskiej tradycji nazywa się go „wielką smutą”. Tylko że najpierw trzeba do niej bezpiecznie dotrwać.

Prosty wybór przed III RP

Chcąc nie chcąc przed III RP otwiera się dość prosty wybór: albo wypieranie rzeczywistości i liczenie na fart (doświadcza go przez całe 30 lat istnienia, więc można uwierzyć, iż nigdy się nie skończy) albo „długi marsz”. W tym drugim przypadku, oprócz liczenia na opiekę Stanów Zjednoczonych oraz Matki Boskiej, należy wyposażyć się w narzędzia pozwalające liczyć także na własne siły.

Jak na dziś ze wszystkim co ważne, jesteśmy w koszmarnym niedoczasie. Natomiast jedyne czym można się pocieszać to fakt, iż PiS ma pecha rządzić już tak długo, że zaczyna odczuwać konsekwencje własnych błędów oraz zaniechań.

Pół biedy, że po sześciu latach modernizowania Marynarki Wojennej ostatni działający okręt podwodny „ORP Orzeł” potrafi bezpiecznie pływać jedynie po powierzchni morza. Natomiast podjęcie próby zanurzenia wymaga obecności okrętu ratunkowego. Dla obronności III RP marynarka ma znaczenie drugorzędne. Poza tym zawsze jest nadzieja, że gdy rosyjscy marynarze zobaczą „Orła” w akcji poumierają ze śmiechu.

Gorzej, że równie zabawnie prezentują się możliwości obrony przed atakiem z powietrza. System obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, oparty na zestawach z rakietami średniego zasięgu, czyli pogram „Wisła”, od lat „pozostaje w realizacji”. Uzupełniający go program „Narew” w postaci systemu obronnego opartego na rakietach krótkiego zasięgu, od lat pozostawał w planach. Miesiąc temu minister obrony Mariusz Błaszczak ogłosił, że „wejdzie do realizacji siłami krajowego przemysłu obronnego”. Podobnie imponującym refleksem MON wykazał się w przypadku dostrzeżenia użyteczności dronów na współczesnym polu walki. Pobudka nastąpiła pół roku temu, gdy azerbejdżańskie siły zbrojne przy pomocy tureckich bezzałogowych statków powietrznych zmasakrowały ormiańską armię. Efektem uświadomienia sobie w jako koszmarnym niedoczasie jesteśmy, były wprawa prezydenta Dudy na zakupy do Turcji. W wielkim pośpiechu polska armia nabyła przeznaczone do zwalczanie broni pancernej i artylerii drony Bayraktar TB2.

Co z polską armią?

Niestety na czas „długiego marszu” potrzebna jest nie tylko silna armia, ale też całe zaplecze decydujące o stabilnym funkcjonowaniu kraju. Tu kluczową rolę odgrywa bezpieczeństwo paliwowe i energetyczne. Projekt gazociągu „Baltic Pipe”, mający połączyć Polskę, Danię i Norwegię, jest w fazie realizacji. Natomiast budowa elektrowni atomowych w takiej samej fazie, w jakiej była 15 lat temu. Awaria Elektrowni Bełchatów dwa tygodnie temu oraz decyzja TSUE, której wykonanie skutkowałoby wyłączeniem Elektrowni Turów, pokazują w jak koszmarnym niedoczasie się znaleźliśmy. Najpierw PO i PSL, a następnie PiS, skazały system energetyczny III RP na to, żeby stale wisiał na włosku. Gdy nagle zabraknie prądu w milionach mieszkań oraz firmach, tego faktu ze świadomości już wyprzeć się nie da.

Jeśli idzie o kolejne wypieranie ze świadomości, to najpewniej pomogą je zwalczyć rosyjskie tajne służby. Jako że Polska staje się centrum rezydowania białoruskich uchodźców politycznych, to na jej terenie działać będą najważniejsze organizacje tej emigracji oraz jej przywódcy. Już tylko tym przeszkadzając w procesie „wchłaniania” Białorusi przez Rosję. Sposobów radzenia sobie z takim problemem uczyła się już carska Ochrana, a jej metody doskonaliło sowieckie KGB. Spektrum narzędzi do niszczenia emigracji jest szerokie. Poczynając od nasyłania agentów i prowokatorów, mających za zadanie skłócać ludzi i organizacje lub też je kompromitować, a kończąc na zabijaniu przywódców. Najlepiej w sposób tak efektowny, żeby wszyscy inni umierali ze strachu. Dodatkowe możliwości inwigilowania, kompromitowania czy nawet niszczenia ludzi, dają współcześnie środki masowej komunikacji podłączone do Internetu. Na ile będą sobie mogli pozwolić w Polsce agenci Kremla zależy głównie od polskich tajnych służb. Musza one okazać się zdolne do zadbania o bezpieczeństwo osób oraz całego kraju w rzeczywistym świecie oraz w cyberprzestrzeni. Czy na tym polu jesteśmy przygotowani do „długiego marszu” zapewne zacznie okazywać się już wkrótce.

Na koniec należałoby jeszcze wspomnieć o dyplomacji, jako niezbędnemu narzędziu, by przetrwać „długi marsz”. Aby się zanadto nie rozwodzić nad: skutecznością, elastycznością, umiejętnością zapobiegania zagrożeniom przez polskie służby dyplomatyczne, całą kwestię da się ująć trzema słowami: Czechy, Turów, TSUE. Reszta jest milczeniem.

Po wyliczeniu głównego wyposażenia, jakim dysponuje Polska, rozpoczynając „długi marsz”, pora zamiast podsumowania znaleźć coś optymistycznego. Owszem jest taka, jedna rzecz. Mianowicie – zostało nam jeszcze trochę czasu.