Wydarzenia w Afganistanie oznaczają porażkę USA?

Zgadzam się z poglądem wyrażonym przez Annę Applebaum, że aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, trzeba poruszyć dwie kwestie dotyczące amerykańskiej obecności w tym państwie - "kiedy?" oraz "jak?". Uważnie wysłuchałem poniedziałkowego wystąpienia Joe Bidena. Do pierwszego z pytań odniósł się bardzo rozsądnie - trzeba było to wrócić z Afganistanu, a tamtejsza obecność amerykańska i tak trwała już bardzo długo. Miał rację mówiąc, że Amerykanie i koalicja nie mogą być w tym państwie do końca świata. Nie przedstawił jednak zupełnie swojego poglądu na temat sposobu wycofania się, który pozostawia wiele do życzenia. I to właśnie to będzie kształtować sytuację w kolejnych miesiącach.

Reklama

Amerykanie nie docenili talibów?

Myślę, że nie spodziewano się takiego tempa wycofywania się rządowych wojsk i takiego tempa talibskiej ofensywy. Sądzę, że przeważył pogląd, iż to będzie dość powolny proces, w którym uda się spokojnie przeprowadzić ewakuację. Tymczasem talibowie postępowali z wręcz nieprawdopodobną szybkością. Dotychczasowe władze uciekły, a wojsko się poddało. A przecież Amerykanie nie będą walczyć o tych, którzy sami nie mają takiej woli. Ameryka pomaga, ale nie wyręcza. Powstaje też pytanie o to, dlaczego trwające przez 20 lat formowanie władz i szkolenia sił zbrojnych kosztujących ponoć ok. 80 mld dolarów nie dało żadnego skutku.

Jakie lekcje płyną z obecnych wydarzeń?

W Afganistanie nie udało się stworzyć nowoczesnego społeczeństwa - tam nadal dominują struktury plemienne, które nie tworzą narodu w rozumieniu europejskim. Przemiany, które widać było w Kabulu, nie zeszły na prowincje. Doświadczenie tego kraju pokazało też, że demokracja liberalna nie jest w stanie obronić się sama i nie wszyscy na całym świecie będą ją szanować jako wartość samą w sobie. Wiara w to, że tak jest, nie ma żadnych podstaw. Cały Zachód znów przekonał się, że są państwa, które nie będą same z siebie upodabniać się do ich norm.

To oznacza, że nie warto było angażować się w sprawę afgańską?

Reklama

Interwencja rozpoczęła się po atakach na Nowy Jork w 2001 r. NATO po raz pierwszy rozpoczęło działania na mocy art. 5 traktatu waszyngtońskiego, uznając, że został zaatakowany członek Paktu. W listopadzie 2001 r. prezydent Kwaśniewski podpisał postanowienie o wysłanie polskich wojsk do Afganistanu zgodnie z wnioskiem Rady Ministrów, której przewodziłem. Wówczas miało to zatem uzasadnienie. Pamiętajmy jednak, że było to 20 lat temu. W tym czasie Al-Kaida została rozbita, a jej lider Osama bin Laden poniósł śmierć. Zatem dwa najważniejsze cele zostały osiągnięte.

A jak może być tym razem?

Faktycznie wcale nie jest powiedziane, że problem nie pojawi się znowu, a Afganistan pod wodzą talibów nie stanie się terenem formowania nowego międzynarodowego terroryzmu. Zachodni politycy i dyplomaci powinni zrobić wszystko, by odwieść nowe władze Afganistanu od takich zamiarów. Za pomocą ośrodków biznesowych i politycznych należy przekazać nowym władzom w Kabulu, że jeśli znów będą uciekać się do przemocy, to Zachód odpowie adekwatnie. Talibowie muszą wiedzieć, że jeśli pójdą drogą terroru, to spotka ich taka sama reakcja, jak przed laty, a ewentualna kolejna interwencja zbrojna wcale nie jest niemożliwa.

Zachód powinien podjąć próby rozmów?

Poprzednie talibskie władze w latach 90. uznawały tylko trzy państwa: Pakistan, Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Teraz, gdyby okazało się, że nowe władze będą do przełknięcia, można zastanowić się, czy nie warto byłoby utrzymywać jakąś formę stosunków dyplomatycznych. To może dać kanały informacji i pole do ewentualnych interwencji i oddziaływań na to państwo.

Jak teraz Zachód powinien postępować z talibami?

Po pierwsze, trzeba jak najszybciej ewakuować wszystkie osoby, które współpracowały z wojskami koalicji i służbami specjalnymi i udzielić im schronienia. Nikt, kto współpracował z Zachodem, nie może być represjonowany, bo to doszczętnie skompromituje reputację Zachodu przy ewentualnych akcjach w przyszłości. Po drugie, musimy zrobić wszystko, by uniknąć kolejnego kryzysu migracyjnego, bo - jak sądzę - będziemy mieli z tym do czynienia. Z Afganistanu będzie uciekać mnóstwo ludzi, co sprawia, że nowy kryzys jest już w zasięgu ręki. Po trzecie, trzeba trzymać kontakty polityczne z nowymi władzami, które można zachęcać poprzez wsparcie finansowe czy znoszenie części sankcji, by nie poszli w ślady swoich poprzedników sprzed 20 lat. Nawet jeśli szanse na skutek są niewielkie, to takie wysiłki Zachód musi podjąć, by dążyć do uniknięcia masowych zbrodni czy akcji terrorystycznych.

Skoro kryzys migracyjny wisi w powietrzu, Europa podejmie rozmowy z Pakistanem na wzór tych z Turcją ws. migrantów z Bliskiego Wschodu?

Oczywiście, trzeba rozmawiać z państwami ościennymi. Swoją drogą, Pakistan w dużej części był bazą dla Al-Kaidy i Państwa Islamskiego, więc tym ważniejszym partnerem staje się w obecnej sytuacji.

Rząd zdecydował się wysłać samoloty po Polaków i Afgańczyków współpracujących z Polską. To dobry ruch?

Konieczny, ale ewidentnie spóźniony. Gdyby Morawiecki nie spotkał się z presją dziennikarzy i polityków, to nikt by do Kabulu nie poleciał. Premier powiedział, że współpracownicy Polaków "się rozpierzchli", więc nie było sensu lecieć. Potem jednak okazało się, że po rozpierzchnięciu znów się zeszli. To wszystko dowodzi krańcowej niekompetencji i pokazuje, że obecna władza zniszczyła wywiad wojskowy oraz pozbyła się najbardziej kompetentnych dyplomatów. Sama sobie tym nawarzyła piwa. Gdy Zachód w miniony weekend wysyłał samoloty do Afganistanu po swoich współpracowników, to polscy rządzący bawili się na pokazach i piknikach urządzonych z okazji Święta Wojska Polskiego. Okazało się, że wojsko nie miało żadnej listy osób, które pomagały naszym żołnierzom, brak był jakiegokolwiek planu. Skala zaniedbań jest przerażająca. A przecież o chęci wycofania się Amerykanów wiedzieliśmy od dawna, pierwsze takie decyzje sygnalizował jeszcze Donald Trump.

Jako były premier, kogo uważa pan za najbardziej winnego takiej sytuacji?

Przede wszystkim wywiad cywilny i wojskowy, ministerstwo spraw zagranicznych i obrony. Oni w ogóle o tym nie myśleli. I przez to na świecie poszedł sygnał: "Cudzoziemcze, nie warto zadawać się z Polską i Polakami, bo nie tylko zostawią Cię na lodzie, ale nawet ujawnią Twoje dane", co zrobił zresztą swego czasu Antoni Macierewicz.