Reklama

Wielka defilada w Moskwie z okazji Dnia Zwycięstwa zostanie okraszona 9 maja przemówieniem prezydenta Putina. Niezależnie co powie analitycy z całego świata znów będą się uważnie przyglądać, w jakiej znajduje się formie. Czy prawą ręką chwyci kurczowo jakąś krawędź, a może zabraknie mu oddechu. Od momentu najazdu na Ukrainę mnożą się bowiem doniesienia o przypadłościach trapiących rosyjskiego przywódcę - począwszy od podejrzeń o chorobę Parkinsona, a na nowotworze żołądka kończąc.

Putina czeka zabieg chirurgiczny?

Żadne nie zostało potwierdzone, podobnie jak spekulacje, czy tyrana czeka wkrótce jakiś zabieg chirurgiczny. Wszystkie te wiadomości mogą się okazać myśleniem życzeniowym, któremu dały się zasugerować media oraz zachodnia opinia publiczna. W końcu śmierć dyktatora wydaje się najlepszym sposobem na rychłe zakończenie wojny. Jednak to, co dobre dla demokratycznego świata, Rosji może przynieść ukoronowanie dziejowych katastrof.

Reklama

Zresztą już tylko pogłoski, że Władimir Putin źle się miewa, czynią bardziej prawdopodobnym obranie przez Moskwę kursu na totalną katastrofę. Przecież wszyscy mają świadomość, iż dobiega on siedemdziesiątki i moment, gdy zejdzie z tego świata nieuchronnie nadchodzi. To z kolei każe każdemu członkowie rosyjskich elit władzy postawić sobie pytanie: co dalej? I ma ono wymiar szekspirowskiego „być albo nie być”. Ten dramatyzm wynika z bardzo prostej przyczyny.

Podczas dwóch dekad rządów prezydent Putin skutecznie zdemontował w swoim kraju wszelkie mechanizmy legalnego przekazywania władzy. Rzecz z pozoru marginalna, lecz jedynie do momentu, kiedy cara musi ktoś zastąpić.

Reklama

Demontaż

W dziejach imperium taki demontaż wydarzył się tylko dwa razy. Pierwszy raz za sprawą pechowych zbiegów okoliczności towarzyszących rządom Iwana Groźnego. Dwóch synów cara poniosło śmierć w wyniku wypadków. Trzeciego zabił osobiście władca podczas napadu gniewu, a ostatni, żywy potomek okazał się kompletnym idiotą. Nagłe i niespodziewane wygaśnięcie dynastii Rurykowiczów przyniosło najpierw walkę o tron toczoną na Kremlu, potem wojnę domową, wreszcie najazd wojsk Rzeczpospolitej. Wielka Smuta o mały włos nie zakończyła się trwałym rozpadem Rosji.

Odbudowie państwa towarzyszyło ustanowienie nowej dynastii, której przedstawiciele rządzili imperium aż przez 304 lata. Ród Romanowów był tak liczny i rozgałęziony, że po śmierci jednego cara (niezależnie czy naturalnej, czy będącej wynikiem zamachu lub skrytobójstwa) nie stanowiło problemu zastąpienie go legalnym następcą, posiadającym wszelkie prawa do tronu.

Lenin i Stalin

Po raz drugi mechanizmy przekazywania władzy zdemontowała w Rosji rewolucja lutowa. Obalenie monarchii i wprowadzenie demokracji udało się wówczas połowicznie, ponieważ demokratyczne procedury wybierania rządzących zniszczyli w listopadzie 1917 r. bolszewicy. Po czym na polecenie Lenina zamordowano także cara Mikołaja II wraz z całą rodziną. Nim wypracowano nowy mechanizm przekazywania rządów imperium wstrząsnęła wojna domowa, korpusy interwencyjne państw Ententy, klęska głodu, wreszcie wojna z Polską. Podobnie jak za czasów Wielkiej Smuty całkowity rozpad wsiał na włosku.

Potem w Związku Radzieckim, nawet za czasów tyrani Józefa Stalina obowiązywała kolegialna odpowiedzialność za sprawowanie rządów. Brało ją na siebie Biuro Polityczne partii. Dzięki temu, niezależnie czy Sekretarz Generalny KC nagle umierał, czy został obalony, jego następcę dość płynnie wyłaniał ów kolegialny organ władzy. Aż ZSRR się rozpadł i rządy w Rosji wpadły w ręce przewodniczącego Rady Najwyższej Rosyjskiej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Radzieckiej - Borysa Jelcyna. A stało się tak, gdyż po jego stronie opowiedzieli się mieszkańcy Moskwy i miejscowe jednostki wojskowe. Po czym zaakceptowano, iż w Rosji głowę państwa wyłaniać będą demokratyczne wybory.

Putin z wyborów uczynił maskaradę

Jednak Władimir Putin uczynił z nich maskaradę. Podobną rolę przeznaczył dla konstytucji Federacji Rosyjskiej.

Dość powiedzieć, że rozpoczynając, każdą kolejną kadencję, zgodnie z artykułem 82 Ustawy Zasadniczej Władimir Putin publicznie przysięgał, iż: „realizując kompetencje Prezydenta Federacji Rosyjskiej będę szanował i chronił prawa i wolności człowieka i obywatela, przestrzegał i bronił Konstytucji Federacji Rosyjskiej, bronił suwerenności i niepodległości, bezpieczeństwa i integralności państwa, wiernie służył narodowi”. Jak się miały te słowa do codziennej praktyki, każdy widział i widzi. Dyktator, czyniąc prawo oraz wybory nic nieznaczącą fasadą nie zadbał jednocześnie, żeby czymkolwiek stabilnym je zastąpić.

Gdyby prezydent zmarł lub utracił zdolność sprawowania władzy to rosyjska konstytucja przekazuje jego kompetencje premierowi i nakazuje wyłonienie kolejnej głowy państwa w wyborach powszechnych.

Wyobraźmy sobie, że Putin umiera. I co dalej?

Oto wyobraźmy sobie, że Putin umiera i władzę w Rosji przejmuje bezbarwny ekonomista Michaił Miszustin (jakby ktoś nie zauważył, to obecny rosyjski premier), po czym przeprowadzane są wolne wybory i Rosjanie wskazują nowego prezydenta. Następnie ów rozpoczyna urzędowanie na Kremlu. Powiedzmy szczerze, takiego scenariusza zdarzeń po 24 lutego nie sposób sobie już wyobrazić. Rzeczywista struktura systemu politycznego, jaką stworzył Władimir Putin, w połączeniu z wojną sprawia, iż stał się on niemożliwy do zrealizowania.

Muszą zdawać sobie z tego sprawę ci, którzy znajdują się na rosyjskich szczytach władzy. Zwłaszcza, że gro wspominanych osób zaczynało swoje kariery w KGB i przeszło przez FSB, zupełnie jak ich lider. Taka droga zawodowa kształtuje specyficzny rodzaj człowieka, zaprawionego w niejawnych, zakulisowych działaniach oraz w organizowaniu spisków. Przy czym elity władzy wywodzące się w większości z sowieckich tajnych służb, wcale nie tworzą obecnie jednej, solidarnej grupy.

Walka o władzę

Dopóki twardą ręką rządzi Putin, to on w ostateczności decyduje, jakie są rezultaty ścierania się kremlowskich frakcji. Gdy go zabraknie każda z frakcji (mafii) stanie przed opcją szukania ugody lub podjęcia walki o władzę. Trwałe ugody są możliwe jedynie w wypadu istnienia wzajemnego zaufania. Jego brak zmusza zawsze do walki, ponieważ wówczas każda ze stron wie, iż większą szansę na sukces ma ten, kto uderzy pierwszy. Dodatkową motywację do działania stanowi świadomość, iż przegrani mogą na zawsze wypaść z polityki. Pół biedy, jeśli porażka oznaczać będzie zesłanie na zagraniczną placówkę dyplomatyczną lub emeryturę. W rosyjskiej tradycji niepewni swej władzy rządzący zabezpieczali się przed zagrożeniami na dwa sposoby. Ten bardziej humanitarny oferują obozy pracy na wschód od Uralu. Acz zawsze pewniejszym zabezpieczeniem są szybkie egzekucje. A nic tak nie motywuje polityka do działania i walki o przejecie władzy, jak obawa o własne życie.

Nikołaj Patruszew

Opinią osoby, której ręka w taki sytuacji nie zadrży, cieszy się Nikołaj Patruszew. Do niedawna ów były dyrektor FSB pozostawał w cieniu, pełniąc funkcję sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Jednak wedle doniesień UNIAN (Ukraińskiej Niezależnej Agencji Informacyjnej), to właśnie tego wiernego druha z czasów KGB Władimir Putin wskazał na swego czasowego zastępcę, gdy podda się zabiegowi medycznemu. Na ile jest to prawda po prostu pokaże przyszłość. Ale nawet jeśli to jedynie stek bzdur i tak sama plotka skłania osoby na szczytach władzy do zastanowienia się - co to będzie, kiedy zacznie rządzić znany ze swych radykalnych przekonań Patruszew?

Tak jak niegdyś członkowie Biura Politycznego oraz generałowie rozważali, co ich czeka, jak Stalina zastąpi Ławrientij Beria. Mechanizm wyłaniania następcy przez Biuro Polityczne pozwolił wówczas zawiązać niezbyt rozległy spisek, dokooptować do niego marszałka Żukowa i po porostu zastrzelić budzącego grozę szefa NKWD. Na koniec zaś podzielić się rządami. Tyle tylko, że wówczas trwał pokój, a hierarchia władzy w ZSRR była bardzo jasna.

Współczesna Rosja opiera się na instytucjach fasadowych

Współczesna Rosja opiera się na instytucjach fasadowych, jak Duma czy rząd, w którym dominują karierowicze bez znaczenia i technokraci oraz na rzeczywistych ośrodkach władzy. Te ukryte są za pajęczyną powiązań stworzoną przez weteranów KGB, szefów spółek paliwowych i tajne służby. W takie sytuacji rozwiązanie problemu, kto obejmie rządy po Putinie w drodze ograniczonego spisku i szybkiej wygranej jednej z frakcji wydaje się mało prawdopodobne. Brakuje do tego dwóch podstawowych czynników.

Po pierwsze osoby cieszącej się wystarczającym autorytetem i wpływami, by zostać powszechnie uznaną za następcę obecnego prezydenta. Drugi, to możliwości łatwej legitymizacji jej rządów. Zamiast tego egzystuje mnóstwo osób i fakcji mogących pokusić się o podjęcie walki o władzę. Włącznie z ministrem obrony Siergiejem Szojgu i generałami, którzy muszą sobie zadawać pytanie, co ich spotka, jeśli nowy car zacznie szukać kandydatów na osoby odpowiedzialne za wojenne klęski. Tak, by rozpoczynając rządy móc na oczach narodu przykładnie ukarać winnych. Budując takim gestem własny autorytet.

Sytuacja wygląda więc podobnie, jak u progu wygaśnięcia dynastii, co w najbardziej klasyczny sposób miało miejsce za czasów Iwana Groźnego. Przy czym w nowoczesny realiach wszyscy uczestniczy owej „gry o tron” dobrze znają historię Rosji. Mówi ona, iż kto nie uprzedzi konkurentów i nie zabije ich pierwszy, sam zostaje zabity. Nawet jeśli za przykładem Lwa Trockiego ewakuuje się aż do Meksyku.

Bój o Rosję rozlewał się na cały kraj

W walkę należy zatem zaangażować jak największe siły, żeby zmaksymalizować szanse na sukces. Dlatego ilekroć w Rosji znikały wszelkie mechanizmy legalnego przekazywania władzy, bój o nią rozlewał się w końcu na cały kraj, zamieniając się w wojnę domową.

Tymczasem współcześni Rosjanie są społeczeństwem zupełnie zatomizowanym i gardzącym prawami jednostki. Putinowskie państwo uczyło ich przede wszystkim: posłuszeństwa, okrucieństwa oraz kultu wobec przemocy. Jakie w praktyce daje to efekty najlepiej obrazują wcale nie zbrodnie wojenne popełniane na Ukrainie. Dużo lepszym przykładem jest to, co robi się swoim. W 2014 r. większa część rosyjskojęzycznej ludności Doniecka i Ługańska z radością przywitała oderwanie tych ziem od państwa ukraińskiego. Upatrując w przyłączeniu do Rosji nadziei na lepszą przyszłość.

Dziś po niespełna trzech miesiącach wojny, władze rosyjskie przeprowadziły de facto eksterminację całej ludności płci męskiej obu regionów w wieku między 17 a 60 lat. Służby mundurowe w ulicznych łapankach oraz zasadzkach urządzanych nawet na wyższych uczelniach, w kinach, teatrach i filharmoniach wyłapały mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Następnie ubierano ich w stare mundury, spleśniałe buty, dawano do ręki karabiny pamiętające II wojnę światową, by jak najszybciej pognać „mięso armatnie” na dobrze umocnione, ukraińskie pozycje. Chcącą nie chcąc ukraińscy żołnierze sfinalizowali egzekucję. Tak właśnie wygląda namiastka tego, co jedni Rosjanie uczynią innym, jeśli walka o władzę rozleje się poza Kreml. Tymczasem Władimir Putin długie lata pracował na to, żeby wraz z końcem jego życia tak się właśnie stało.