Reklama

Zmieszane, zdziwione, oburzone – tak europejskie media reagują na kolejne wypowiedzi papieża Franciszka odnoszące się do najazdu Rosji na Ukrainę. Ten zaś nie ułatwia im życia, ponieważ mimo wieloletniej dbałości o swój wizerunek, tym razem nie zachowuje się wedle schematu, jaki od niego w Europie się oczekuje. Franciszek robi bowiem wszystko dokładnie odwrotnie niż do tej pory. Czym konfuduje uwielbiające go do niedawna (zwłaszcza te liberalne) media. Konfuzja jest tak wielka, iż mało kto stara się uwypuklać rażące sprzeczności w zachowaniu Ojca Świętego. Tymczasem przy odrobinie złośliwości można by nazwać je wręcz – postępującym rozdwojeniem jaźni.

Postępujące rozdwojenie jaźni

Oto garść drobnych przykładów. W lutym 2016 r. podczas podróży do Meksyku papież o kandydującym na prezydenta USA Donaldzie Trumpie powiedział – „Ten człowiek nie jest chrześcijaninem”, dając tak sygnał amerykańskim katolikom, iż nie powinni na niego głosować. Pytany w drodze powrotnej przez dziennikarzy, czemu to zrobił, odparł: „Człowiek, który tylko myśli o wznoszeniu murów, a nie o budowaniu mostów, nie jest chrześcijaninem”. Potem wielokrotnie krytykował administrację Trumpa, głównie za jej antyimigracyjną politykę. „Populizm nie jest odpowiedzią na światowe problemy związane z migracją” – grzmiał w wywiadzie udzielonym agencji Reuters w czerwcu 2018 r.

Reklama

Jedna z różnic między Ameryką Trumpa a Rosją Putina jest taka, że na granicy z Ukrainą nie postawiono muru, lecz przekroczyła ją rosyjska armia. Po czym okazało się, że lubi ona ustawiać ukraińskich cywili pod murem, a następnie ich rozstrzeliwać (a wcześniej torturować i gwałcić) za przyzwoleniem, a być może na rozkaz swego dowództwa.

„Papież nie wymienia nigdy głowy państwa, a tym bardziej kraju, który jest większy od jego głowy państwa” – wyjaśnił Franciszek w wywiadzie dla argentyńskiego dziennika „La Nacion”, czemu od 24 lutego za żadne skarby świata nie godzi się, by przez usta przeszło mu słowo „Rosja” a tym bardziej „Putin”. O bezpośredniej krytyce pod ich adresem nie wspominając. Dlatego ponad dwa miesiące trwa już przykry spektakl, w którym europejskie media i opinia publiczna nieustannie wywierają presję na Ojcu Świętym, by w końcu jasno określił, że najazd na słabszy kraj przez silniejszy oraz mordowanie jego mieszkańców to zło. Po czym w drugim kroku jednoznacznie owo zło potępił (no może nie aż tak ostro jak Trumpa, ale choćby odrobinkę).

Reklama

Franciszek, uwielbiający od lat kreować się w mediach na obrońcę zwykłych ludzi, a zwłaszcza biednych i pokrzywdzonych, naciskom tym z wielkim bólem od czasu do czasu ulega. Na przykład po 41 dniach wojny zmusił się podczas audiencji do ucałowania ukraińskiej flagi przywiezionej mu z Buczy. Wprawiając łaknące takich gestów europejskie media w ekstazę. Czasami wyraża też słownie wdzięczność dla krajów przyjmujących uchodźców z Ukrainy. Acz jeśli idzie o bliższy kontakt z pokrzywdzonymi osobami, to zdecydowanie chętniej odwiedzał obozy dla uciekinierów z Trzeciego Świata, choćby na Lempedusie.

"Szczekanie przez NATO pod drzwiami Rosji"

Również chętniej przyjmuje wyjaśnienia Władimira Putina, czy Wiktora Orbana, że „konflikt wybuchł” (między wybuchem a niesprowokowanym najazdem bywa zasadnicza różnica), ponieważ miało miejsce: „szczekanie pod drzwiami Rosji przez NATO”. A jak wiadomo nic bardziej nie inspiruje do urządzania rzezi cywilom od nieodpowiedzialnego poszczekiwania.

Przykłady na rozdwojenie jaźni papieża Franciszka można by tu mnożyć, przypominając choćby o jego stwierdzeniu, iż wszyscy są winni tej wojnie (jak wszyscy to i cywile z Buczy także, więc mają na co zasłużyli). Jednak takie przypominanie niczemu nie służy, dopóki na Jorge Bergoglio patrzymy przez pryzmat wizerunku, który sam wykreował. Czyli widzimy starszego pana, skromnego i prostego w obejściu, chcącego dobrze dla wszystkich ludzi. Postrzegając tak infantylnie Franciszka można faktycznie popadać w kolejne stopnie konfuzji. Dla odmiany warto jednak uświadomić sobie, że każdy papież jest przede wszystkim stojącym na czele Kościoła katolickiego przywódcą, wytyczającym dla niego drogi na przyszłość.

Jorge Bergoglio to nie tylko kapłan, a też od kilkudziesięciu lat polityk

Spróbujmy więc sobie przypomnieć, że Jorge Bergoglio to nie tylko kapłan, a też od kilkudziesięciu lat polityk i to na tyle zręczny, że zaczynając karierę w odległej od Europy archidiecezji Buenos Aires, zdołał dotrzeć aż na watykańskie szczyty. Tam zaś trzeba czasami dokonywać trudnych wyborów. Takich przed jakimi stawał choćby Grzegorz XVI, gdy w 1830 r. wybuchło w Królestwie Polskim powstanie listopadowe. Teoretyczne papież powinien poprzeć wówczas polskich katolików, którzy chcieli wyrwać się spod jarzma prawosławnego imperatora. Zwłaszcza, że car Mikołaj I niespecjalnie tolerował jakiekolwiek objawy katolicyzmu na ziemiach rdzennej Rosji.

Jednak jednocześnie Imperium Romanowów, stojąc na czele Świętego Przymierza, wzięło na siebie rolę gwaranta tego, iż w Europie nie wybuchnie znów rewolucja podobna do francuskiej. Petersburg wspólnie z Wiedniem i Berlinem troszczył się o trwałość konserwatywnych porządków na Starym Kontynencie. To z kolei zapewniało papieżowi i Kościołowi katolickiemu, że nie zagrozi im rosnąca w siłę, coraz bardziej antykatolicka lewica. Świadom zagrożeń Grzegorz XVI już w lutym 1831 r. wezwał polskich biskupów, by nie wspierali powstańców, ponieważ: „zawieruchy zbrojne obce są duchowi Kościoła”. Regularnie też głuchł, gdy Polacy usiłowali prosić go o wsparcie. Kiedy zaś rosyjski porządek znów zapanował w Warszawie papież osobiście napisał encyklikę „Cum primum”. Potępiając w niej powstanie listopadowe jako bunt skierowany przeciw legalnej władzy. Na wszelki wypadek przed ogłoszeniem dokumentu dał go do przeczytania rezydującemu w Watykanie rosyjskiemu posłowi Grigorijowi Gagarinowi. Ten naniósł swoje poprawki i 9 czerwca 1832 r. w imię politycznej konieczności Watykan oficjalnie zganił Polaków za ich niepodległościowe mrzonki.

Przyjmując taką perspektywę trudno pochodzącego z Argentyny Jorge Bergoglio pomawiać o rozdwojenie jaźni. Jak na przywódcę przystało prowadzi swoją politykę, a jej elementy, po odrzuceniu „zasłony dymnej” medialnego wizerunku, są jasno widoczne.

Dla papieża spoza Europy wcale nie stanowi ona „pępka świata”

Dla papieża spoza Europy ta wcale nie stanowi „pępka świata”. Wedle danych amerykańskiego instytutu Pew Research Center jeszcze na początku XX wieku na Starym Kontynencie zamieszkiwało 65 proc. wszystkich katolików. W 2018 r. było ich już tylko 24 proc. Palmę pierwszeństwa dzierży Ameryka Łacińska, gdzie obecnie zamieszkuje ok. 40 proc. wszystkich katolików. Wkrótce Europę wyprzedzi też Afryka Subsaharyjska (dziś 16 proc. katolików świata). Poza tym europejskie kościoły katolickie znajdują się albo w stanie pogłębiającego się kryzysu - jak w Polsce, albo zdają się ich dotykać drgawki przedagonalne - jak to się dzieje w Hiszpanii i Irlandii. W niegdyś katolickiej Francji wprawdzie nadal 40 mln ludzi określa się mianem katolików, lecz jeśli rocznie udaje się wyświecić ponad 60 nowych kapłanów, uznaje się to za wielki sukces. Nota bene średnia wieku francuskiego kleru to obecnie 75 lat.

Europa przez trzy ostatnie dekady laicyzowała się w sprinterskim tempie i co więcej usiłowała „zarażać” tym procesem wszystkich wokoło. Trudo się więc dziwić Franciszkowi, że od momentu gdy zaczął rezydować w Watykanie ani razu nie wykazał troski o jej dobro. Zamiast tego konsekwentnie starał się przy pomocy moralnego szantażu zmusić Stary Kontynent do poświęcania się na rzecz reszty świata. Nie tylko przez wspieranie biedniejszych krajów, ale też całkowite otwarcie się na migrantów, będących (w odwrotności do europejskich tubylców) w swej większości bardzo religijnymi ludźmi.

To nie jest wojna Bergoglio. Sukces Kijowa wzmacnia bowiem Europę

Walka Ukrainy, która wzięła na sztandary europejskie wartości oraz zaczęła pełnić rolę przedmurza Unii Europejskiej, to nie jest wojna Bergoglio. Sukces Kijowa wzmacnia bowiem Europę i daje jej poczucie, iż nie jest znów taka stara i zgniła, a propagowane przez nią wartości mają sens. Co gorsza prowadzi do odciągania uwagi i zamykania się stolic europejskich na problemy Trzeciego Świata. Ten zaś jest dużo bliższy papieżowi.

Nota bene w sferze głoszonych propagandowo wartości Jorge Bergoglio także jest bliżej do Władimira Putina niż do - za przeproszeniem - ukraińskiego Żyda Wołodymyra Zełenskiego, który chciałby europeizować swój kraj, a karierę zaczynał w show-businessie. Tak samo papieżowi jest bliżej do Rosji i jej patriarchy Cyryla niż do powszechnie nielubianych w Ameryce Łacińskiej Stanów Zjednoczonych. Gdzie z kolei Kościół katolicki musiał wypłacić już ponad 3 mld dolarów odszkodowań zasądzonych ofiarom pedofilii i wiele diecezji ogłosiło bankructwo.

Z perspektywy polityka papież Franciszek zachowuje się więc racjonalnie, a jego publiczne rozdwojenie jaźni wynika z bieżących konieczności. Tradycja wymaga bowiem, żeby rezydował w Watykanie. To zmusza go do codziennych zmagań z roszczeniami Starego Kontynentu, którego opinia publiczna chciałaby mieć reprezentującego jej poglądy i przekonania papieża (do tej pory stanowiło to oczywistość). Tymczasem świat się niepostrzeżenie zmienił i Ojciec Święty z Argentyny widzi przyszłość dla Kościoła katolickiego gdzie indziej.

Laicka Europa miałaby być jedynie narzędziem dla jej wspierania. Stając się czymś na kształt dobrowolnego dawcy organów dla bardziej przyszłościowych ich użytkowników. Powszechna presja wywierana na papieża zdaje się świadczyć, iż egoistyczny kontynent nie wykazuje ostatnio ochoty na odegranie takiej roli. Najciekawsze w tym wszystkim staje się więc, czy mają chęć odegrać ją europejskie kościoły katolickie. Zwłaszcza, że tradycja schizm na Starym Kontynencie jest stara i bogata.