Dziennik cytuje francuskiego eurodeputowanego, który kieruje komisją ochrony środowiska Parlamentu Europejskiego, Francuza Pascala Canfina. Mówi on o "nieakceptowalnym" zachowaniu Berlina, który przecież w przeszłości zgodził się na kompromis w sprawie aut spalinowych.

Reklama

Fundamentalistyczne pomysły KE

Canfin może jednak w tej chwili mówić co chce. Niemcy zyskały poparcie Włoch i Czechów. Berlin wspiera również rząd Mateusza Morawieckiego. Argumenty przeciw zielonym rozwiązaniom dotyczącym silników są racjonalne. Fundamentalistyczne pomysły Komisji spowodują spadek produkcji aut, czym uderzą w zatrudnienie. Do tego wywindują ceny samochodów, co będzie miało negatywny wpływ na konsumentów, dla których auto stanie się towarem nieosiągalnym. Przeciwnicy zielonych rozwiązań przypominają również o programie dotowania zielonych technologii w USA wartym 369 mld. dolarów, który nie ma swojego odpowiednika w UE i tym samym jeszcze bardziej obniży konkurencyjność przemysłu europejskiego.

Reklama

Te wszystkie argumenty mają sens, ale znane są nie od wczoraj. Dlaczego zatem uwzględniono je dopiero wtedy gdy podpisały się pod nimi Niemcy? Gdy Europa Środkowa mówiła o umiarze w sprawie zielonych zmian, zarzucano jej zacofanie i chęć doprowadzenia do klimatycznej Apokalipsy. Gdy Berlin egoistycznie zaczyna dbać o interesy swojego przemysłu, krytyka jest marginalna. Niemal z definicji uznano, że Niemcy w trudnych czasach postępują słusznie. Bo jest wojna, wysoka inflacja i nie ma sensu jeszcze bardziej osłabiać gospodarki europejskiej. Tradycyjnie zeuropeizowano interesy ekonomiczne Niemiec.

Polska nie jest wysłuchiwana

Jednostronność podejmowania decyzji uznano za normę sprzyjającą całej Europie chowając przy tym egoistyczne interesy biznesu RFN. Gdy Polska w zielonej debacie podnosi argumentu, że potrzebuje czasu na dostosowanie, gdyż ma balast komunizmu - nie jest wysłuchiwana. Gdy ziobryści kwestionowali sens radykalnych rozwiązań dotyczących emisji i zakazu sprzedaży aut spalinowych odsądzano ich od czci i wiary, uznając za ekstremistyczny margines. Efektem był spór w rządzie Mateusza Morawieckiego i ostatecznie poparcie propozycji ekologów z KE.

Polityka klimatyczna jest kolejnym obszarem, na którym widać wyraźnie, że w UE są podwójne standardy jeśli chodzi o forsowanie interesów narodowych. Dokładnie w ten sam sposób Niemcy postępowali podczas kryzysu migracyjnego w 2015. Najpierw otworzyli granice generują ruch ludności z globalnego Południa. Gdy zorientowali się, że sprawy poszły w niewłaściwym kierunku, dokonali zwrotu o 180 stopni by na końcu próbować wymuszać na pozostałych państwach UE przyjmowanie obowiązkowych kwot migrantów. Wówczas tradycyjnie pojawił się szantaż moralny i próba zastraszania niechętnych konsekwencjami finansowymi. Ostatecznie z pomysłu otwarcia na migrantów wycofali się sami Niemcy a dziś pochodząca z tego kraju szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen mówi o konieczności budowania zapór i murów na zewnętrznej granicy UE. Czyli o koncepcjach, które jeszcze nie tak dawno zwalczano bo pochodziły z Polski rządzonej przez ludowo-katolicką prawicę.

PIGS

W kryzysie zadłużenia w 2011 Berlin zadziałał na tej samej zasadzie. Najpierw zbudował powszechnie obowiązującą narrację, że za problemy odpowiada południe UE. Powstało pogardliwe określenie PIGS (od Portugal, Italy, Greece, Spain) określające dzikusów, którzy nie potrafią oszczędzać, a jedynie pić wino i spać w ciągu dnia zamiast pracować. Później programy pożyczkowe dla Aten, Rzymu czy Madrytu były przedstawiane jako hojna pomoc bez eksponowania tego, że pieniądze te nie były dawane za darmo. W końcu narzucono politykę surowości (austerity), która nakładała na państwa UE wymogi dotyczące prowadzenia ortodoksyjnej polityki budżetowej. Tzw. paktu fiskalnego Niemcy nie były w stanie przeforsować na forum UE metodą wspólnotową. To nie był jednak problem - zasady jego działania ustalono w drodze umowy międzyrządowej. Południe od początku przekonywało, że rozwiązania austerity doprowadzą do wielu dekad zastoju. Z Niemiec płynął jednak jasny sygnał: należy oszczędzać. Ten sygnał płynął do momentu aż Angela Merkel nie zorientowała się, że to droga donikąd a poza tym - ważna z punktu widzenia motoru integracyjnego Berlin-Paryż, Francja sama ma problemy z przestrzeganiem tego porozumienia. W efekcie religię austerity niemal z dnia na dzień porzucono. Jakby tematu nigdy nie było.

Poprawność polityczna przestała służyć Niemcom

To samo dzieje się dzisiaj w przypadku zielonej rewolucji. Obowiązująca poprawność polityczna przestała służyć interesom Niemiec i musi zostać zmieniona. Nikt jednak nie zarzuci Berlinowi braku wiarygodności. Nie będzie narzekania zajmującego się sprawami klimatu wiceszefa KE Fransa Timmermansa na rozbójniczą rolę ważnego państwa UE. Niemcy w Unii mogą więcej. Przywództwo Niemiec w UE jest egoistyczne i szkodliwe dla Wspólnoty. Jeśli coś jest w stanie zaszkodzić Unii, nie będzie to populizm i niepraworządność Węgier i Polski, tylko ubrany we frazesy o wspólnotowości odradzający się bundesnacjonalizm Niemiec.