Do tej pory czytanie znaków, czyli łowienie ostrzegawczych sygnałów płynących od społeczeństwa było mocna stroną premiera Tuska. Jego partia przykładowo nie rozumiała, dlaczego wyrzuca Ćwiąkalskiego czy Misiaka, ale wystarczyło, że on rozumiał. Tusk miał zresztą przed oczami zastęp liderów, którzy w przeszłości znaków nie czytali - Krzaklewski czy Miller to dobre przykłady - i znaleźli się na marginesie polityki. Starał się więc uniknąć ich losu.

Reklama

Obecnie te sygnały zaczynają dotyczyć samej jego partii. Pozornie są mało znaczące. Odejście z PO senatora Krzysztofa Zaremby ze Szczecina nie zachwieje wynikami Platformy, nawet jeśli ten regionalny polityk jest wnukiem cenionego w tym mieście prezydenta z czasów komunistycznych. A jednak potraktowałbym to zdarzenie jako ostrzegawczy sygnał. Gdy ktoś odchodzi w czasach powodzenia, z partii rządzącej, powody muszą być dramatyczne.

I są dramatyczne - dla Szczecina i okolic problemy zbankrutowanej stoczni, nie zawinione tylko przez platformerski rząd, ale przez niego także, to sprawa życia i śmierci. Oczywiście żadna partia rządząca nie uniknie takich kolizji ogólnej polityki z lokalnymi interesami. Niemniej, jeśli jedyną reakcji są wypowiedzi platformerskich dygnitarzy bagatelizujące zachowanie zbuntowanego senatora, zamiast prób jakiegoś ugłaskania tych nastrojów, źle to wróży. Widać w tym niefrasobliwość. A ona łatwo przekształca się w arogancję.

Oczywiście na to nakladają się frakcyjne konflikty w zachodniopomorskiej PO. Jeszcze dwa lata temu ówczesny poseł Zaremba, przeniesiony w 2007 do Senatu, byl protuskowym lojalistą walczącym ze Sławomirem Nitrasem postrzeganym jako czlowiek Rokity. Dzis role się odwróciły - i Zaremba zaplacil za wygraną ludzi innej frakcji. Niemniej jeśli partia nie umie takich waśni załatwić wewnętrznymi ruchami, to oznacza, że coś w niej szwankuje. Ta żelazna zwartość, jaka chętnie popisuja się oba główne ugrupowania, nie okazuje się idealną receptą na wewnętrzne sprzeczności. Ba może się okazać kamieniem u nogi, bo oducza szukania kompromisów. Wszystko ma załatwiać rozkaz centrali. I znów - reakcje kierownictwa klubu PO są bagatelizujące. W dojrzałej demokracji podjęto by próbę ugłaskania niezależnego parlamentarzysty. Tu przyjmuje się filozofię: baba z wozu, koniom lźej. Jak w PiS wobec Libickich czy Mojzesowicza.

Oczywiście Tusk i szef partyjnego aparatu Schetyna uważają zapewne, że dopoki głównym konkurentem Platformy jest PiS, takie konflikty są bez znaczenia. Za zbuntowanymi nie odejdzie żadna licząca się grupa wyborców. To dziś, ale jutro? Na przykład Paweł Piskorski czeka na taką okazję.

Ostrzegawczym sygnałem dla Tuska powinien być też sondaż TNS OBOP pokazujący, że 60 procent Polaków chciałaby odejścia Palikota z partii. Oczywiście, politycy Platformy mówiący, że wystarczyłoby inaczej postawić pytania, aby wynik był inny, mogą mieć odrobinę racji. Zresztą rolą Palikota nie jest podobać się większości. Wystarczy, że ta większość nie zmieni z jego powodu partyjnych zapatrywań. On jest receptą na wiązanie z partią mniejszej grupy wyborców skrajnych, obsesyjnie antypisowskich.

Ale znów - nie znamy do końca natury niezadowolenia z Palikota. Irytację sondowanych może budzić nie to, że mnoży on coraz bardziej obsesyjne wątki "antykaczyńskiej" kampanii, ale że robi to wyraźnie po to, aby coś ukryć - konkretnie swoje grzeszki związane z finansowaniem kampanii wyborczej. Gdyby założyć, że PO stanie się nagle, na podobieństwo SLD z czasów Millera, przedmiotem jakichś gigantycznych społecznych pretensji, to może być pierwsza kropla, która zaczyna drążyć skałę. Nie musi, ale może. Bo zza gorączkowego wysiłku Palikota, aby szukać kolejnych sensacji, wyziera arogancja. I równocześnie strach.

Odszedł jeden senator, a Polacy wyrazili dezaprobatę wobec najbardziej ekscentrycznego showmana partii. Dużo to czy mało? Na tyle dużo, aby Donald Tusk zaczął się zastanawiać, czy jego sukces jest gwarantowany raz na zawsze.