Nie tylko chronić, ale wręcz wspierać. Faktycznie zapis znajdujący się w ustawie medialnej to mocne sformułowanie. Rzecz jasna, chodzi o wspieranie nie określonej
religii, tylko pewnego kręgu wartości, które ukształtowały sie w naszej cywilizacji pod wpływem, czy to się komuś podoba, czy nie, chrześcijaństwa. Rozumiem tych, którzy protestują
przeciwko temu zapisowi, ale poparłem poprawkę senacką bez żadnych rozterek. Również dlatego, że według propozycji sejmowej media publiczne miały walczyć z dyskryminacją orientacji
seksualnych. Przykłady z Zachodu pokazują, że takie postawienie sprawy nie tyle służy tolerancji, ile otwiera drogę do propagowania kultury homoseksualnej.
Raczej martwy, bo rozmawiamy o ustawie, która i tak nie wejdzie w życie. Albo prezydent porozumie się z SLD i zawetuje ustawę, albo odeśle ją do trybunału.
To fałszywa ocena. Nie znam w PO nikogo, kto chciałby likwidacji mediów publicznych. Raczej panuje zgoda, że media publiczne odgrywają nadmierną rolę na rynku. Ja opowiadam się na przykład
za sprywatyzowaniem jednego z programów TVP. Ale główny problem dotyczy tego, jak TVP jest zarządzana - to gigantyczny moloch marnotrawiący dziesiątki milionów rocznie. Kolejny problem to
upolitycznienie. Kampania do Parlamentu Europejskiego pokazała, jak bardzo TVP jest podatna na manipulacje. Nam zależy na odpolitycznieniu i narzuceniu tej instytucji rygorów ekonomicznych. Choć
pozostaje pytanie, czy ta ustawa pozwoli osiągnąć te cele. Tu zachowuję sceptycyzm - mechanizm finansowania mediów publicznych wprost z budżetu grozi wręcz zwiększeniem upolitycznienia. Nawet
przy najlepszych intencjach polityków wirus oportunizmu kładzie dziennikarzy telewizyjnych pokotem.
Trzeba wprowadzić takie reguły wyłaniania władz TVP, by prezesom nie przychodziło do głowy obcinaniu środków na misję. Jestem przeciwnikiem utrzymywania abonamentu, ale powinniśmy
wypracować inny, pozabudżetowy sposób finansowania mediów publicznych, by nie odbywało się to drogą corocznego głosowania w Sejmie. Wtedy bowiem doczekamy się w końcu telewizji nie
publicznej, tylko rządowej.
Najbardziej podobało mi się przeznaczenie części środków z podatku VAT od reklam radiowych i telewizyjnych. W każdym razie w sprawie mediów publicznych tkwimy w punkcie wyjścia. Dobrze
byłoby już teraz rozpocząć pracę nad kolejną wersją ustawy, którą przyjmiemy pewnie dopiero w następnej kadencji.
Mój projekt jest gotowy od grudnia i odetchnąłem z ulgą, że sprawa wreszcie ruszyła z miejsca. Zapadła - najlepsza moim zdaniem - decyzja, by z kręgu Platformy wyszły dwa projekty: mój,
dość restrykcyjnie chroniący życie embrionów, i bardziej liberalny. W głosowaniu będzie obowiązywała zasada wolności sumienia. W praktyce oznacza to, że albo bardziej liberalne skrzydło
PO przegłosuje swój projekt przy poparciu SLD, albo część konserwatywna swój przy pomocy PiS.
Może tak być. W PO są posłowie będący zdecydowanymi przeciwnikami zapłodnienia in vitro, którzy uważają, że ta metoda powinna być zakazana. Ale to grupa zbyt mała, by projekt Piechy
mógł zostać przyjęty przez Sejm.
Nie dzieli, tylko różni. Ale takie różnice mogą być naszą siłą. To, co powiem, zabrzmi jak głos lizusa, więc będę musiał za chwilę skrytykować premiera za coś innego. Otóż Tusk pod
tym względem bardzo mądrze kieruje Platformą. W sprawie in vitro od początku dawał mi gwarancje, że będę mógł złożyć swój projekt, ale nie zapewniał, iż będzie to głos całej
partii. Mimo że niektórzy politycy PO uważali, iż moje rozwiązania szkodzą wizerunkowi partii, on postawił na swoim. Tusk to arbiter w wewnętrznych sporach. Bardzo umiejętnie zostawia nam
przestrzeń sporów, a równocześnie czuwa, by nie przekroczyły one punktu bezpieczeństwa.
To kłamstwo. Dziennikarka, która to pisała, albo świadomie mijała się z prawdą, albo dała się wkręcić moim partyjnym oponentom. Premier nie miał pretensji do mnie o to, co mówiłem po
wyborach.
Metaforą listka figowego dźga się mnie od początku kadencji. Ale w głosowaniu nad wartościami chrześcijańskim okazało się, że konserwatywnym listkiem jest ponad połowa klubu. Problem
leży w czym innym. Jeden z dziennikarzy obserwujący nas z galerii prasowej opowiadał potem, że dolne ławy PO głosowały na zielono, czyli za odrzuceniem wartości chrześcijańskich, a górne
na czerwono, czyli za przyjęciem. W dolnych ławach siedzi kierownictwo. To pokazuje, że być może nasze środowisko nie jest zbyt mocno reprezentowane we władzach partii i klubu.
Jestem przeciwnikiem łamania dyscypliny, chyba że są bardzo ważne powody światopoglądowe. Na szczęście wewnętrzny pluralizm został uszanowany przez kierownictwo klubu, mimo że dominują
tam przeciwnicy zapisu o wartościach chrześcijańskich.
To wymierzona we mnie kampania "Gazety Wyborczej" oraz środowisk, których przekonania i interesy narusza mój projekt ustawy bioetycznej. To bardzo wpływowe grupy. Bioetyka
będzie traktowana przez nie jako kolejna przestrzeń wojny kulturowej, której celem jest przeobrażenie polskiej wrażliwości moralnej. Osobna sprawa to działania grup interesów. Przecież
jeśli mój projekt wejdzie w życie, koncerny farmaceutyczne i kliniki in vitro nie będą już czerpać tak gigantycznych korzyści.
Skoro sam polemizuję z kolegami otwarcie, to muszę liczyć się z tym, że odpłacą mi pięknym za nadobne.
W tej kadencji nie zetknąłem się z takimi działaniami. Owszem, są próby ograniczenia moich wpływów. To jednak naturalne w każdej partii.
Nieprawda. Spaja nas kilka fundamentalnych rzeczy. Po pierwsze wizja gospodarki. Jesteśmy bodaj jedynym państwem w Europie, które w reakcji na kryzys obrało ścieżkę liberalną. W PO nie
zajdzie pan zwolenników ograniczenia wolnego rynku. Drugie spoiwo to wizja państwa - przekonanie, że jak najwięcej władzy powinno zostać w rękach obywateli, czyli samorządu.
Podwyżka, jeśli do niej dojdzie, będzie jedynie dowodem, że nie jesteśmy doktrynerami ślepymi na rzeczywistość. W okresie kryzysu precyzyjnie zaprojektowany interwencjonizm państwowy bywa
nieuchronny. Ale przykładem proliberalnego nastawienia jest ustawa o emeryturach pomostowych i sensowne zmiany wprowadzane przez komisję Przyjazne Państwo. Wiele z nich przechodzi bez echa, a ich
skutki mogą się okazać przełomowe. Chociażby zapis o tym, że przedsiębiorca nie będzie musiał płacić bezzwłocznie należności, o które wystąpią urzędy skarbowe. Do tej pory było to
narzędzie niszczenia przedsiębiorców, jak np. w przypadku Romana Kluski. Ale nie jestem zadowolony ze skali zmian, zwłaszcza w przepisach dotyczących wolności gospodarczej. Mówiąc szczerze,
to jestem wściekły. Już drugi rok z rzędu spadliśmy w światowym rankingu wolności gospodarczej.
Owszem, to wielka zasługa rządu Jarosława Kaczyńskiego, nie zamierzam im go odmawiać. Ale oni rządzili w warunkach dynamicznego rozwoju. Mogli zrobić bez porównania więcej. My prawie od
początku mamy do czynienia ze spowolnieniem gospodarki. Kryzys uderza w Polskę coraz mocniej. W takiej sytuacji reformowanie gospodarki jest bardzo trudne. Ale moim zdaniem kryzys powinien być
potraktowany jako szansa. Trzeba wprowadzić szereg rozwiązań, na które w innej sytuacji nie byłoby społecznego przyzwolenia.
To się okaże w drugiej połowie roku. Choć mam świadomość, że wisi nad nami gilotyna prezydenckiego weta. Lech Kaczyński w sprawach gospodarczych konsekwentnie broni podejścia
socjaldemokratycznego. W przypadku tych głosowań nie mamy nawet co myśleć o wsparciu ze strony SLD.
Fenomen ogromnej popularności PO po części bierze się stąd, że zachowaliśmy kontakt z rzeczywistością. Nie odbiła nam też palma.
Upieram się, że nie. Premier nie zamknął się w wąskim gronie doradców, ma alternatywne kanały informacyjne. Problemem władzy zawsze jest alienacja. Najbliżsi współpracownicy nawet w
najlepszej wierze mogą być sitem odcedzającym złe informacje.
Nie przypadkiem w gronie najbliższych współpracowików znaleźli się ludzie spoza partii, jak ministrowie Arabski czy Boni. Poza tym Tusk ma zwyczaj zasięgania informacji u posłów i polityków
PO nienależących do ścisłego kręgu rządowego.
Naprawdę myśli pan, że premier nie jest świadomy takiego ryzyka? Nikt nie przepada za posłańcami złych wieści, ale zapewniam pana, że Tusk nie ścina im głów...
Przy obecnych wstrząsach gospodarczych łatwe to nie będzie. Ale jest to możliwe. Wierzę, że kandydat PO wygra wybory prezydenckie, chociaż nie przesądzam, kto nim będzie. Na razie Tusk musi
skupiać się na roli premiera. Jeżeli będzie dobrym szefem rządu, to o wynik kampanii prezydenckiej może być spokojny.
To naturalni kandydaci, ale polityka to stąpanie po krawędzi dymiącego wulkanu. Dlatego mówienie o wyborach prezydenckich to na razie spekulacje, nie zaprzątamy sobie nimi głowy.
Trzeba patrzeć, co dzieje się u konkurencji. Jeżeli Paweł Piskorski chce odnieść sukces, czyli wprowadzić Stronnictwo Demokratyczne do parlamentu, będzie musiał wystawić jak najmocniejszego
kandydata w wyborach prezydenckich. Przyznam, że nie wierzyłem, by zgodził się nim zostać Andrzej Olechowski.
Myślałem, że nie będzie chciał wystąpić przeciw Tuskowi. Ma przecież świadomość, że może utorować drogę Stronnictwu Demokratycznemu, ale osobiście poniesie ciężką porażkę.
Wydawało mi się, że Olechowski nie należy do ludzi, którzy tak chętnie rzucają się na szaniec. Wygląda jednak na to, że się myliłem.
Jest spore prawdopodobieństwo, że w ogóle nie wybuchnie. Jeżeli Tusk zostanie prezydentem, to sam wskaże następcę. Jego autorytet będzie tak duży, że nikomu nie przyjdzie do głowy myśl,
by ten wybór kwestionować.
W każdej partii wielu polityków nosi w plecaku buławę. I bardzo dobrze, bo ambicja to ważny motor dynamizmu partii. Gdybyśmy z góry wiedzieli, kto będzie następcą Tuska, to ceną za tę
wiedzę byłby częściowy wewnętrzny marazm. Natomiast jeśli Tusk wskaże Schetynę - a przypuszczam, że tak się stanie - to nie sądzę, by ta kandydatura napotkała na znaczący opór. Nie
tylko otwarty, ale również zakulisowy.
Nie. Moim zdaniem jest bardzo prawdopodobne, że wejdzie do drugiej tury, ale uważam za przesądzone, że tam przegra z każdym. Nie tylko z Tuskiem. Negatywny elektorat Lecha Kaczyńskiego jest tak
duży i trwały, że nie da się tego zmienić w ciągu roku.
Nawet całkiem niedawno, ale - czy an mi wierzy, czy nie - robiłem to ze smutkiem.
To oczywiście też (śmiech). Ale większe znaczenie ma to, że demokracja, by dobrze funkcjonować, potrzebuje dużych i stabilnych partii, a każdy rząd silnej opozycji. Na razie w tej roli nie
widać alternatywy dla PiS. Po trzecie, PiS w obecnej postaci artykułuje przekonania i interesy sporej grupy Polaków. Byłoby źle gdyby ta część społeczeństwa, która przez wiele lat nie
miała swojej znaczącej reprezentacji parlamentarnej, znów poczuła się wyobcowana z instytucji demokratycznych. A rozpad PiS uważam za nieuchronny, bo w tej chwili ostatnim spoiwem łączącym
tę partię jest kandydatura Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Spoiwo zniknie wraz z jego porażką. PiS to partia bardzo zróżnicowana wewnętrznie. Jej rdzeń tworzy dawna PC-owska
kadrówka. To ludzie, którzy pójdą za Jarosławem Kaczyńskim w ogień i tylko oni przy nim pozostaną. Coraz większa część polityków i elektoratu PiS orientuje się na nowego lidera, jakim
stał się Zbigniew Ziobro. Ale on nie jest w stanie przejąć całego PiS. Dla wielu polityków tej partii on i jego metody są bowiem nie do przyjęcia. Przypuszczam, że Ziobro przejmie
największą część spuścizny po PiS, ale będzie też trzecia grupa. Ludzi o poglądach umiarkowanie konserwatywnych, którzy nie odnajdą swojego miejsca ani u Kaczyńskiego, ani u Ziobry. Albo
będą próbowali stworzyć własną formację, albo przystąpią do PO.
Bardzo. Ubolewam, że nie udało mi się przekonać kolegów, którzy stworzyli Polskę XXI, by po wyjściu z PiS przyłączyli się do nas. Byliby ważnym punktem odniesienia w Platformie.
On nie ma zdolności przyciągania nowego elektoratu. Obecni wyborcy PiS bardzo mocno się z nim identyfikują. Ale proszę zwrócić uwagę, że fantastycznemu wynikowi Ziobry nie towarzyszy w
Małopolsce równie dobry wynik PiS. W okręgu krakowskim w 2007 roku i teraz PO zdecydowanie wygrała. Fenomen popularności Ziobry polega na tym, że w 2007 roku głosowało na niego 80 proc.
małopolskich wyborców PiS, a w tym roku 90 proc... Ma szansę stanąć na czele formacji radykalnej prawicy, która będzie miała 10 - 15 proc. i będzie skazana na rolę wiecznej opozycji.
SLD przetrwa, bo ma pieniądze, struktury i nostalgiczno-PRL-owski elektorat. Ale pod obecnym kierownictwem ta partia nie ma szans na rozwój. Dlatego jedyne ciekawe zjawisko na lewo od PO to
Stronnictwo Demokratyczne Piskorskiego. To zdolny polityk, ma pieniądze na budowanie struktur, umiejętnie skrzykuje wokół siebie różnych ludzi, którzy nie odnajdują się w obecnych
partiach.
Akurat na frustracji i urazach trudno zbudować coś sensownego. Przyzaję jednak, że pod względem programowym oferta Piskorskiego może kazać się atrakcyjniejsza dla Polaków niż toporne frazy
obecnego kierownictwa SLD.
Polityka to obszar konkurencji i sporów. W ostatnich kilku latach były to jednak spory jałowe. Trzeba wrócić do poważnych pytań i ambitnych projektów. Inaczej stabilizacja przeradza się w
stagnację. Brak silnej konkurencji dla PO jest może dla nas wygodny, ale jeśli nie ma się silnej konkurencji, stoi się w miejscu.