Stare powiedzenie „jak cię widzą tak cię piszą” współcześnie brzmi dokładnie odwrotnie. Mianowicie – jak cię opisują, tak widzi cię świat oraz jego przywódcy. Zatem warto dostrzec zmianę w sposobie opisywania Polski, która nastąpiła w ciągu zaledwie półtora roku, ponieważ ma to znaczenie.

Reklama

Wbrew coraz mocniejszemu w Kraju nad Wisłą odczuciu, olbrzymia mobilizacja posiadanych zasobów po najeździe Rosji na Ukrainę, nie okazała się czymś co określamy powiedzeniem: „krew w piach”. Grono ludzi, uważnie przyglądających się zmianom zachodzącym w świecie, dostrzegło nowe oblicze III RP i oniemiało ze zdumienia.

Sukces Polski. Europa oniemiała ze zdumienia

Oto okazało się, że Polska może szczycić się gospodarką, która bez większych problemów udźwignęła pandemię, kryzys energetyczny, miliony uchodźców, odcięcie od surowców energetycznych z Rosji i masę pomniejszych wstrząsów. Wszystkie nieszczęścia bez doświadczenia głębszego kryzysu.

W tym samym czasie Polacy, organizując się oddolnie, zaopiekowali się uchodźcami z Ukrainy. Tak udowodniając w praktyce, że są silnym i dojrzałym społeczeństwem obywatelskim. Aparat państwa okazał się tylko dodatkiem do zakrojonej na skalę całego kraju operacji, która zorganizowała się po prostu sama z siebie. W niebezpiecznych czasach, jakie już nadciągnęły, takie społeczeństwo to bezcenny kapitał.

Reklama

Jednocześnie wszyscy dowiedzieli się, że III RP dysponuje wystarczającymi zasobami aby rozpocząć jeden z większych w świecie programów zbrojeniowych i to z tygodnia na tydzień.

Ten pokaz siły wydarzył się zupełnie od niechcenia, bez jakichkolwiek znaczących wstrząsów w kraju, niepokojów społecznych, etc. Większość obywateli przyjęła go jako coś normalnego. Wręcz umknął powszechnej uwadze.

Tymczasem ci co z Zachodu uważnie spoglądają na Europę wschodnią wpadli we wręcz dziki entuzjazm. Ten szok poznawczy stał się udziałem osób opisujących nowe trendy liderom świata polityki i biznesu. Ich spojrzenie na Polskę mogłoby przyprawić o zawrót głowy, gdyby zaczęto je w III RP szerzej dostrzegać.

„Polska jest teraz nową wielką potęgą Europy” – stwierdził na łamach „The Telegraph” 30 marca 2023 r. Con Coughlin. Ów autor sporej liczby książek poświęconych polityce międzynarodowej jest przekonany, że: „Środek ciężkości w NATO przesuwa się na wschód, w miarę jak wpływy Niemiec i Francji nadal słabną”. Zaś kluczowym państwem sojuszu okazuje się nasz kraj.

Polska polityczną wagą ciężką

„Polska stała się w UE polityczną wagą ciężką” – stwierdził 14 października 2023 r. na łamach „Die Welt” Tobias Kaiser. Długoletni korespondent niemieckiego dziennika w Brukseli dostrzegł wielki sukces ekonomiczny III RP. „W roku 1990 dochód narodowy na głowę mieszkańca Niemiec był 15-krotnie wyższy niż w Polsce. Od tego czasu Polska rozwijała się znacznie szybciej niż Niemcy. Niemiecki PKB jest obecnie tylko trzykrotnie większy od polskiego. Do roku 2040 Polska ma stać się tak zasobna jak Niemcy” – podkreśla Tobias Kaiser.

Jego opinię 18 października 2023 r. na łamach pisma specjalizującego się w analizowaniu sytuacji międzynarodowej „Foreigna affairs” podzielili Alina Polyakova i Daniel Fried. Pani prezes Centrum Analiz Polityki Europejskiej oraz były ambasador USA w Polsce twierdzą wprost: „Polska, największy kraj na wschodniej flance NATO, szybko staje się potęgą gospodarczą i militarną. Rozwój kraju od czasu obalenia komunizmu w 1989 r. jest zdumiewający”. W ich opinii po inwazji Rosji na Ukrainę: „w Europie pojawiła się próżnia władzy”. Nie wypełniły ją Niemcy z racji prowadzonej przez siebie polityki, Francja okazuje się na to zbyt słaba, zaś Wielka Brytania wychodząc z UE: „pozbawiła się wszelkich szans na odegranie znaczącej roli na kontynencie”. Po tej wyliczance dwójka szanowanych analityków oznajmia, iż: „Ta nieobecność przywództwa stworzyła szansę dla Polski”.

Polacy, organizując się oddolnie, zaopiekowali się uchodźcami z Ukrainy. Tak udowodniając w praktyce, że są silnym i dojrzałym społeczeństwem obywatelskim. / Shutterstock

Po zsumowaniu tych i im podobnych opinii można z miejsca popaść w megalomanię. Może więc lepiej, że w Polsce przechodzą one niezauważone. Choć z drugiej strony oznacza to zupełną ślepotę na to, jakie możliwości same otworzyły się przed III RP.

Mianowicie szansa powalczenia o to, żeby być członkiem Unii Europejskiej, który współdecyduje o jej polityce oraz przyszłym kształcie. Nie merda ogonkiem, gdy jest głaskany po głowie za wzorowe zachowanie i bezsilnie powarkuje, kiedy odcina mu się miskę z unijnymi funduszami. Termin – współdecyduje ma zupełnie inną wagę i do tej pory w praktyce Polska takiego stanu w UE nie doświadczyła.

A jeśli w tej dekadzie nie doświadczy, wówczas jej los może okazać się podobny do włoskiego, a nawet jeszcze gorszy.

Dla przypomnienia dużo uboższa od Niemiec Zachodnich oraz Francji Italia z początkiem lat 60. odnotowywała rekordowy wzrost gospodarczy, porównywalny jedynie z japońskim. Dekadę później było już gorzej, jednak nadal Włosi doganiali najbogatszych i prawie im się ta sztuka udała.

Nie idźmy drogą Włoch

W pamiętnym roku 1989 r. PKB na głowę jednego Włocha wynosiło 16,38 tys. dolarów, Francuza 17,74 tys., a mieszkańca RFN 17,76 tys. USD. Niedługo potem znaczenie Włoch we Wspólnocie osiągnęło swe apogeum, czego symbolem było powierzenie w 1999 r. stanowiska przewodniczącego Komisji Europejskiej Romano Prodiemu. Jednak kilka lat wcześniej wzorcowo „euroentuzjastycznie” nastawiony Rzym począł systematycznie odstrzeliwać sobie obie stopy.

Gdy układano treść, kształtującego Unię Traktatu z Maastricht Italia pogrążała się w kryzysie polityczno-korupcyjnym, który skompromitował rządzące elity na czele z chadecją. Nie miała ona więc głowy do zadbanie o miejsce Włoch w nowej Europie. Po czym w 1994 r. swoją błyskotliwą karierę polityczną rozpoczął medialny magnat Silvio Berlusconi. Jego epokę da się ująć w dwóch słowach, a nawet w jednym - „bunga-bunga”.

Boski Silvio politykę zagraniczną zredukował właściwie do regularnej naparzanki słownej z kolejnymi kanclerzami Niemiec. Uzyskując na tym polu satysfakcjonujące go efekty. Kiedy obrażony Gerhard Schröder w 2003 r. demonstracyjnie odwołał wyjazd na urlop we włoskich Alpach, elektorat Forza Italia był zachwycony. Ich premier pokazywał moc, co przekładało się na poparcie dla jego partii. Co ciekawe tamte dwadzieścia lat z historii Włoch układa się w interesujący schemat. Wyglądał on następująco.

Premier Berlusconi naparza się słownie z kanclerzem Niemiec. Są wybory w 1996 r. i przegrywa je z centrolewicową koalicją. Premier Romano Prodi przygotowuje Włochy do wejścia do Unii Walutowej (strefy euro). Wprawdzie nie spełniają kryteriów ale wchodzą. Berlusconi w 2001 r. odbija stanowisko premiera i zaczyna naparzać się z kanclerzem Niemiec. W 2006 r. przegrywa wybory z centrolewicą. Premier Romano Prodi z entuzjazmem przyjmuje Traktat Lizboński (sam w dużej mierze go układał) choć de facto oznacza on, iż Rzym traci na znaczeniu i nie ma nic do gadania, jeśli w jakimś temacie innego zdania są Belin i Paryż. Berlusconi w 2008 r. odbija stanowisko premiera i zaczyna naparzać się z panią kanclerz.

W międzyczasie korzystając z tego, iż strefa euro zapewnia dostęp do taniego kredytu Italia zadłuża się na potęgę. Przy czym najszybciej rośnie już nie włoskie PKB (ono właściwie staje w miejscu) lecz transfer socjalny.

Boski Silvio

Jesienią 2011 r. Angela Merkel i prezydent Sarkozy mają już serdecznie dość Silvia, którego specjalnością stało się publiczne ośmieszanie pani kanclerz. Ta długo dochodziła do siebie, gdy podczas jej wizyty w Trieście w listopadzie 2008 r., Berlusconi przed powitaniem schował się za latarnią. Kiedy przechodziła wyskoczył z tyłu z okrzykiem „A kuku!”. Wprawdzie kanclerz Niemiec nie padła na zawał (było o włos) ale prawicowi wyborcy i tak są zachwyceni. Trzy lata później role się odwróciły. „A kuku” w wydaniu Merkel i Sarkozy’ego wyglądało następująco. Za sprawą poparcia Berlina i Paryża nowym prezesem Europejskiego Banku Centralnego został włoski ekonomista Mario Draghi. Swoje urzędowanie zaczął 1 listopada 2011 r. Dziwnym trafem rentowność obligacji, emitowanych przez zadłużony po same uszy rząd Włoch, zaczęła gwałtownie rosnąć. Nikt też nie chciał ich kupić. Nim minął tydzień Italii zagroził finansowy krach. W parlamencie posłowie zaczęli uciekać z rządzącej kolacji. Boski Silvio utracił większość, a na dokładkę groziło mu, iż zostanie obarczony odpowiedzialnością za bankructwo kraju. Wybrał zatem dymisję. Nowym premierem został długoletni unijny komisarz najpierw ds. konkurencji, a następnie rynku wewnętrznego Mario Monti. Ani on ani jego następcy nie zatrzymali już staczania się Italii po równi pochyłej.

W 1994 r. swoją błyskotliwą karierę polityczną rozpoczął medialny magnat Silvio Berlusconi. Jego epokę da się ująć w dwóch słowach, a nawet w jednym - „bunga-bunga”. / Shutterstock

Trzydzieści lat temu Włochy miały szansę być w Unii krajem równie ważnym co Francja, lecz tamtejsze elity polityczne popisowo ją zmarnowały. Centrolewica ślepo wierzyła, że bezwarunkowa integracja da Italii bezpieczeństwo i dobrobyt. Jej przywódcy regularnie szukali w Berlinie i Brukseli wsparcia przeciw Berlusconiemu. Z kolei prawicę zdominował człowiek, dla którego ważne były trzy rzeczy: popularność, idące w parze z nią utrzymanie władzy oraz jak najwięcej „bunga bunga”.

Owoce niewykorzystanej szansy zbierane są dzisiaj, gdy straszliwie bezradne Włochy mierzą się z kryzysem migracyjnym. Są przy tym zdane na łaskę Unii, bo same nic w niej nie mogą przeforsować. Postawić się też nie mogą, bo odcięcia od unijnych funduszy nie przeżyje budżet państwa oraz gospodarka.

Europejski obóz dla uchodźców

Kiedy wiec premier Giorgia Meloni 7 października w wypowiedzi cytowanej przez agencję Reutersa mówi: „Jeśli ich wpuścimy (migrantów – przyp. aut.), ale nie będą mogli udać się na północ, Włochy staną się europejskim obozem dla uchodźców”, to jej głos jest ledwie słyszalny. Bo nie mówi tego Berlin ani też Paryż. Dlatego Włosi zaczynają panikować, iż faktycznie staną się takim „europejskim obozem”. Na północy sąsiedzi zamkną granice, umocnią je zasiekami a potem murami. Zaś każdego migranta, jaki się przedrze, odeślą do słonecznej Italii. Niemożliwe?

Traf chciał, że gdy Polska zaczyna na każdym polu doganiać najbogatsze kraje Unii, wre praca nad radykalnymi zmianami w procesie decyzyjnym w UE. Na razie krążą w obiegu jedynie sondażowe projekty, lecz stopniowo wyłania się z nich obraz koncepcji nowej Europy. W niej mniejsze kraje muszą się pogodzić, że w kluczowych kwestiach utracą możność wetowania decyzji podjętych przez te największe. Przy obecnym mechanizmie liczenia głosów oznacza to, iż gdy Berlin i Paryż coś wspólnie uzgodnią, to szanse aby owa decyzja nie stała się unijnym prawem pozostają w zasadzie tylko teoretyczne.

Jedynie posiadając poparcie jednej z tych stolic, zyskiwałoby się możność bycia usłyszanym. Jeśli więc III RP nie zdoła zagwarantować sobie znaczącego głosu w nowej UE, to nawet nadal się bogacąc, pozostanie jedynie jej peryferiami. Jak kończą peryferia w trudnych czasach, jeśli wcześniejszej nie wykorzystają szansy, by się wybić - łatwo zauważyć. Wystarczy popatrzeć sobie na współczesne Włochy.

Andrzej Krajewski