Od wielu tygodni śledzenie medialnych treści, wiąże się z bólem znoszenia ich sztampowości. Im bardziej konflikt polityczny w Polsce się nasila, tym mocniej są ona wtłoczone w jeden schemat. Wszystko co pisane lub mówione sprowadza się do udowadniania racji obozu politycznego, z którym dany dawca treści sympatyzuje lub dla którego pracuje. Zwykle czyni to z tak wielką wiarą w skuteczność swego przekonywania, iż winna ona w końcu wystrzelić w kosmos całe Tatry.

Reklama

Tymczasem nie jest w stanie podnieść w górę nawet o procent w sondażowych słupkach poparcia dla partii mającej rację. Jedynie co się podnosi, to poczucie dopieszczenia twardych elektoratów, ponieważ charakterystyczną a zarazem główna cechą ich sposobu myślenia stanowi niezachwiane przekonanie o posiadaniu racji (i to stuprocentowej).

Przyczyny i konsekwencje

Dlatego też poniższe rozważania mogą okazać się dla Ciebie - Drogi Czytelniku trudne do zdzierżenia emocjonalnego. Zupełnie bowiem nie będą odnosiły się do racji, nimi szermowały, ani tym bardziej wskazywały kto ma rację. One będą o konsekwencjach, jakie mogą Cię czekać, no i trochę też o przyczynach.

Aby wyjaśnić, o co chodzi może posłużmy się tu prostym przykładem. Otóż przez Niemcy a następnie inne kraje Europy Zachodniej w XVI w. przetoczyła się fala wojen religijnych. Jeśliby dokładnie się wczytać w ich szczegółowych przebieg, byłaby szansa znalezienia odpowiedzi, kto miał w nich rację. Istnieje taka ewentualność. Jednak dziś właściwie nikt się w to nie bawi, bo istotne dla badaczy są przyczyny wybuchu konfliktu a następnie jego konsekwencje, czyli liczba zabitych, zniszczenia, zmiany na mapie politycznej, wytyczenie nowego kierunek biegu dziejów, itp. Kto posiadał podczas wojen religijnych rację, obecnie prawie nikogo nie obchodzi. Stało się to bowiem rzeczą bez znaczenia. Choć przecież owe racje zmieniły Europę nie do poznania. Tak to bywa z katastrofami politycznymi, iż na koniec zauważa się głównie ich konsekwencje.

Wszelkie znamiona farsy

Reklama

W przypadku naszej nosi ona nadal wszelkie znamiona farsy. Po przejęciu władzy Platforma Obywatelska rekonstruuje zachowania PiS-u, acz z akcentami, że ma być szybciej i mocniej. PiS z kolei postanowił zrobić rekonstrukcje KOD-u, włącznie z przejęciem hasła: "Konstytucja! Konstytucja!" (zapewne wkrótce noszonego na koszulkach). Dobrze, że choć na niwie ornitologicznej zdołano utrzymać różnice tożsamościowe i na czwartkowej demonstracji tłum odnosił się słownie do "rudej wrony" a nie "kaczora dyktatora'.

Jednak w tym teatrze przesady, w którym obie strony oskarżają się o najcięższe zbrodnie, choć na bitewnym polu nie padł jeszcze nawet jeden prawdziwy trup, mignęła znów zapowiedź nowego. I nie chodzi wcale o skazanie przez sąd Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, a następnie umieszczenie ich za kratami. Tym nowym jest wkroczenie policji do Pałacu Prezydenckiego. Oto aparat państwa podległy rządowi wykorzystał to, że ma prawo użycia przemocy i tą drogą wyegzekwował posłuszeństwo. Realizując nakazy ministra spraw wewnętrznych oraz oczekiwania premiera. Przy czym obaj mogą powiedzieć, iż dokonali egzekucji wyroku sądu, więc są czyści. I tu mamy sedno sprawy, a także symptom nadciągającego, prawdziwego kryzysu.

Bezpieczniki diabli wzięli

Mianowicie w państwie prawa fakt, że posiada ono monopol na przemoc, rodzi bardzo zminimalizowane niebezpieczeństwa. Władzy wykonawczej patrzą na ręce media, niezawisłe sądy dają szansę obywatelom do obrony swych indywidualnych praw, a w razie większych nadużyć na straży równowagi władzy stoi jeszcze Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny. Wreszcie to, że III RP jest demokracją, w które rządy sprawuje większość, szanująca i przestrzegająca prawa mniejszości, zabezpiecza konstytucja.

Tymczasem prawie wszystkie te bezpieczniki diabli wzięli. Sędziowie biorą udział w życiu politycznym i otwarcie wspierają obozy, z którymi czują się związani. TK stracił autorytet i legitymizację, a rząd przecież w praktyce nie musi publikować jego wyroków w dziennikach ustaw. W Sądzie Najwyższym izby otwarcie walczą ze sobą. Co do konstytucji, to solidarnym wysiłkiem prawników z obozu prawicowo-narodowego, zastąpionych obecnie przez jurystów obozu liberalno-lewicowego jest ona od 2015 r. coraz mocniej "prostytuowana'. Co śmieszniejsze w imię ratowania państwa przez nierządem.

W II RP proces ten ostatecznie dokończył Józef Piłsudski. W wywiadzie udzielonym Bogusławowi Miedzińskiemu 26 sierpnia 1930 roku Marszałek ujął go dosadnymi słowami: A ja tego, proszę pana, nie nazywam konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostytuty. Wprawdzie jak trafnie zauważał: Ten system nałamywania konstytucji do różnych potrzeb czynić musi z konstytucji zwyczajną dziewkę, Przy czym oskarżając o to opozycję, sam najczęściej owo "nałamywanie" uskuteczniał. Tak zwiększając swój zakres władzy.

Wreszcie jest okazja do rewanżu

Obecnie proces dokończenia "prostytuowania" konstytucji następuje po przez: "czytanie z jej ducha" (cytując najnowszą modę). Czyni to ta cześć środowisk prawniczych, którym najbardziej zaleźli za skórę koledzy ze studiów: doktor nauk prawnych Jarosław Kaczyński, doktor nauk prawnych Andrzej Duda oraz absolwent Wydziału Prawa i Administracji UJ mgr Zbigniew Ziobro. Wreszcie jest okazja do rewanżu. Tyle tylko, że znajdująca się u szczytu powodzenia w III RP grupa zawodowa nie dostrzega zguby, jaką szykuje sobie i nam.

Jako, że organy ferujące ostateczne wyroki na podstawie obowiązującego prawa są albo sparaliżowane albo zdyskredytowane albo nieuznawane przez nowy rząd oraz inne organy sądowe, mamy festiwal interpretacyjny. Każdy z obozów wysyła własnych prawników do interpretowania, a media zapraszają ich oraz własnych. Po czym każdego dnia dostajemy nowe odsłony tej zabawy. Obserwując jej uczestników można odnieść wrażenie, iż szczerze wierzą w sprawczą moc swych wykładni. Choć otrzymują odpowiedzi w postaci kontr-interpretacji tworzone przez kolegów ze studiów, równie mocno wierzących w to samo ale znajdujących się po drugiej stronie barykady.

Połączenie seansu spirytystycznego z gwałtem

Widzimy więc grupę zawodową, święcie przekonaną o swym znaczeniu oraz wpływie na władzę, choć w realu zamienia się ona w narzędzie użytkowe. Media sięgaj po nią, bo stała się trwałym elementem spektaklu. Politycy zaś nie po to, żeby wiedzieć co jest zgodne z prawem, lecz żeby legitymizować swe działania. Dostając od prawników coś na kształt rozgrzeszenia na piśmie, wystawianego jeszcze przed popełnieniem grzechu. Na samym końcu tego procesu następuje regularne robienie wykładni z ducha konstytucji. Czyli próba kreatywnego połączenia seansu spirytystycznego z gwałtem.

Obecnie potęguje to chaos w strukturach państwa. Ale rząd aby nie skompromitować się w oczach wyborców musi rządzić. Skoro więc całość władzy sądowniczej zmierza w stronę zawieszenia się, kuszącym narzędziami rządzenia stają się interpretacje oraz aparat przemocy. Dużo bardziej, niż próba zaprowadzenia porządku przy użyciu ustaw przyjętych przez Sejm i Senat, bo to wymaga czasu i akceptacji prezydenta.

Tusk dostał przyzwolenie twardego elektoratu

Przejęcie TVP oraz wejście policji do siedziby oficjalnej głowy państwa zademonstrowały moc sprawczą rządu Donalda Tuska. Jednak utrwalenie tego wymaga aby czynić to samo znów i znów, ilekroć władza natrafi na opór. Tusk dostał na to przyzwolenie swego twardego elektoratu. Ale akcja rodzi reakcję. Była nią olbrzymia mobilizacja wyborców PiS-u i ich czwartkowa manifestacja. Nota bene aresztowanie Kamińskiego i Wąsika stało się formą spłacenia długu za komisje do spraw badania wpływów rosyjskich. Forsując ten pomysł Kaczyński zmobilizował elektorat opozycji do marszu 4 czerwca w Warszawie. Udał się on znakomicie i okazał dawką tlenu dla słabnącej wówczas Platformy. Teraz Tusk jednym kopniakiem wybił elektorat PiS-u z depresji i letargu, zmuszając do walki w obronie swego stronnictwa. Już widać, iż ta walka potęguje strach wyborców PO. Zatem są oni skłonni dać rządowi jeszcze większe przyzwolenie na przemoc.

Co nakaże instynkt samozachowawczy?

Na końcu tej spirali znajduje się mała transformacja ustrojowa. Mianowicie obecna władza może dojść do punktu, w którym przegranie wyborów wiązać się będzie z groźbą długoletnich wyroków dla jej przedstawicieli. A te z dziką radością zechce egzekwować obecna opozycja - jeśli zwycięży. Zatem instynkt samozachowawczy nakaże robić wszystko, co możliwe aby kolejnych wyborów prezydenckich a następnie parlamentarnych nie przegrać. W państwie prawa oznacza to robienie wszystkiego co możliwe w ramach obowiązującego prawa. Ale III RP właśnie pozbywa się bezpieczników. Prawo zastępują interpretatorzy do wynajęcia.

Tutaj aby nie przedłużać, należy zakończyć dalsze dywagacje. Każdy kto chce bliżej sobie przypomnieć, jak bywało w PRL, czy też poczytać o przykładach upadaniu demokracji w krajach europejskich lub innych częściach świata, ma do dyspozycji ogromną liczbę lektur. Przy okazji należy nadmienić, że są to znakomite poradniki co czynić podczas takowej transformacji ustrojowej. Władzy podpowiadają, jak łamać opór opozycji, kogo uwięzić, a kogo torturować lub zabić. Opozycji jak się bronić, kiedy bardziej opłaca się pokojowy sprzeciw, a kiedy odpowiedzenie przemocą na przemoc lub otwarta rebelia. Mnóstwo w takich książkach krwistych historii. Miłej lektury.

Reset konstytucyjny zamiast rewolucji

Jej zaletą jest inspirowanie do myślenia o alternatywnej drodze. Zwłaszcza, że w polskich realiach na szczęście nie wydarzyło się jeszcze nic, co mogłoby ją definitywnie zablokować, a widmo przemocy nadal jedynie straszy. Przywrócić w pełni sprawne bezpieczniki, dające gwarancję istnienia jasnego prawa oraz jego przestrzegania, może już tylko reset konstytucyjny. Zmiany ustawowe, nawet jeśli zyskałby akceptację prezydenta, nie naprawią skali zniszczeń. A poza tym jak uczy życie, to co zrobiono ustawą, da się odkręcić inną ustawą. Zatem należałoby na nowo określi kształt i rolę Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, KRS i zresetować je, zmieniając zapisy w konstytucji. A następnie wybrać nowe składy.

Tak przełomowych działań nie da się oczywiście wykonać bez wcześniejszych, żmudnych negocjacji między obu kluczowymi obozami politycznymi, dobrej woli każdej ze stron oraz zręcznych pośredników. Rozwiązanie tego rodzaju nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością, uczciwością, a zwłaszcza posiadaniem racji. Osiągnięcie sukcesu jest bowiem możliwe jedynie gdy następuje zabezpieczenie interesów obu stron różnorakimi gwarancjami prawnymi. A następnie takim doborze kadr do resetowanych instytucji, by były akceptowalne przez jednych i drugich. Nie o wszystkich szczegółach dealu informuje się też obywateli, a zwłaszcza własnych wyborców, bo ze zrozumieniem bywa różnie.

Lepsze to od chaosu czy rządów przemocy

Przy wszystkich wadach lepsze to od chaosu lub rządów przemocy. Na temat Okrągłego Stołu możne mieć przeróżne opinie, lecz po nim przez ostatnie 35 lat Polacy mogli korzystać z takiego zakresu: wolności, bezpieczeństwa i możliwości bogacenia się, o jakich przez kilkaset lat mogli jedynie pomarzyć nasi przodkowie.

Patrząc na ludzi uwikłanych w polską politykę to ci, przed którymi szansa na 20-30 lat (albo i więcej) kontynuowania w niej kariery, to sprawiają wrażenie osób zdolnych wynegocjować reset konstytucji, mimo wszystkiego co ich dzieli. Zwłaszcza jeśli zostaną dobrze ku temu zmotywowani. Zaś szanse na motywację w postaci wojny na wschodzie, coraz bliżej polskich granic oraz pogłębianie się kryzysu politycznego w krajach Unii z Niemcami na czele, są coraz większe.

Dwie przeszkody pokojowego rozwiązania

"Memento morii" to jest naprawdę bardzo dobry tekst motywacyjny (kto ostatnio oglądał pewien dobry, polski serial komediowy wie o co chodzi) dla polityka. Zwłaszcza, gdy ma wystarczająco żywą wyobraźnię, by sobie zwizualizować, co może go czekać wraz z bliskimi, gdy diabli wezmą już nie porządek prawny ale całą III RP.

Jednak gdy w końcu po miesiącach kryzysu politycznego wszystkie okoliczności zaczną sprzyjać zrobieniu porządków przez zmianę konstytucji, na drodze ku temu stać nadal będą dwie przeszkody na dziś nie do przezwyciężenia. Jedna nazywa się Jarosław Kaczyński, a druga Donald Tusk.