Uprzejma wymiana zdań między przesłuchującymi a przesłuchiwanym trwała ponad dwie godziny. Uprzejmości się skończyły, gdy Beata Kempa stwierdziła, że premier mówiąc o notatce wiceministra Jacka Kapicy z 28 lipca w sprawie dopłat od jednorękich bandytów, powiedział, że była "poufna".
Oburzony premier zaprotestował. "Jestem zdeprymowany, pani poseł kwestionuje, co mówiłem 10 sekund temu. Nie użyłem takiego sformułowania" - mówił Donald Tusk i zażądał odsłuchania swoich nagranych słów. Po przerwie okazało się, że wygrał to starcie. Mówią o notatce, użył słowa "urzędowa", a nie "poufna".
W tej sytuacji Beata Kempa przyznała rację premierowi. "Przepraszam" - zwróciła się do Donalda Tuska, skarżąc się na akustykę sali.
Pierwsza tura pytań przebiegła spokojnie. Premier został pouczony, przedstawił się, złożył przysięgę i rozpoczął zeznania przed komisją śledczą. Pierwsze pytania miał zadać muFranciszek Stefaniuk z PSL. Zrezygnował jednak i dodał, że poczeka na drugą turę.
Beata Kempa nie odpuściła sobie możliwości przesłuchania szefa rządu. Posłankę PiS interesowała przede wszystkim dymisja wicepremiera i szefa MSWiA Grzegorza Schetyny, który odszedł z rządu tuż po wybuchu afery hazardowej. Pytała o powody tej decyzji. Premier odparł jednak, że nie wynikała ona ani z utraty zaufania do zastępcy, ani z wątpliwości co do roli Schetyny w aferze hazardowej. "To była decyzja polityczna" - tłumaczył Tusk.
"Panie premierze, czy była afera hazardowa?" - podchwytliwie rzuciła Beata Kempa. Szef rządu nie chciał odpowiedzieć wprost na to pytanie.
"Rozumiem, że komisja musi wszystko wyjaśnić, ale ja nie będę w stanie rekonstruować zdarzeń sprzed kilku miesięcy minuta po minucie" - tłumaczył Donald Tusk, pytany o szczegóły swoich decyzji, gdy decydował o dymisji szefa MSWiA Grzegorza Schetyny, ministra sportu Mirosława Drzewieckiego i wiceszefa resortu gospodarki Adama Szejnfelda.
Czytaj dalej >>>
Wracając do momentu, w którym usłyszał o aferze hazardowej, premier przyznał, że o sprawie usłyszał 14 sierpnia 2009 roku, na spotkaniu z ówczesnym szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego. "Słyszałem, że Mariusz Kamiński przyszedł mnie testować. Jest specyficzny, wiem to od lat. I że jego działania budzą wątpliwości" - mówił Donald Tusk, ale jak przyznał, szef CBA nie mówił, że w grę wchodzi popełnienie przestępstwa przez polityków PO.
"Informacja od pana Mariusza Kamińskiego - zgodnie z jego sformułowaniami - jest informacją o tym, że stwierdził w czasie operacji, jaką prowadził, te naganne zachowania, ale że w tej sprawie nie ma materiałów, które upoważniałyby go do doniesienia do prokuratury. A więc nie informuje mnie o popełnieniu przestępstwa, tylko informuje mnie o złych zdarzeniach" - tłumaczył premier.
"Myślicie państwo, że premier od rana do wieczora podnieca się podsłuchami Mariusza Kamińskiego. Ale tak nie jest, bo ma inne zadania" - zwrócił się do sejmowych śledczych Donald Tusk. "Afera hazardowa - niezależnie, że dotyczyła moich współpracowników - zajmowała tylko wycinek mojej aktywności" - podsumował szef rządu.
Dodał też, że ukute w mediach określenie "afera hazardowa" nie przeszkadza mu. "Zachowanie urzędników pozwala na tego typu określenie" - przyznał Donald Tusk.