Obie sytuacje były bardzo podobne. Przed komisją śledczą badającą aferę w urzędującym gabinecie stawali premierzy - w aferze Rywina Leszek Miller, w hazardowej - Donald Tusk. W obu przypadkach ich głównymi przeciwnikami byli posłowie PiS - wtedy wschodząca gwiazda polityki Zbigniew Ziobro, dziś jego była zastępczyni w resorcie sprawiedliwości Beta Kempa. Napięcie na linii świadek - śledczy było porównywalne. Oczekiwania również. Tylko finał przesłuchania zupełnie odmienny.

Reklama

W kwietniu 2003 roku po przesłuchaniu Leszka Millera nikt nie miał wątpliwości: lider rządzącego SLD, szef rządu, przegrał. Teraz równie powszechne było przekonanie o wygranej Tuska.

Z czego wziął się sukces lidera Platformy? Przez całe przesłuchanie ustawiał się w roli przyjaciela komisji. Zapewniał, że chce jej pomóc dojść do prawdy i odpowie na każde pytanie. Nawet gdy zasłaniał się niepamięcią, robił to inteligentnie, naświetlając okoliczności danego wydarzenia i powody, dla których dziś szczegółów może nie pamiętać. Odważnie też przyznał, że afera hazardowa jest faktem, a nie polityczno-medialną spekulacją, co przed komisją powtarzali nie tylko Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki, ale też Grzegorz Schetyna. Miller w 2003 roku bronił tezy, że afery Rywina nie było. I poszedł na wojnę z komisją.

Oczywiście wczoraj Tusk z członkami komisji także walczył na słowa. Ba, walka była momentami nawet ostra. Premier starał się przeformułowywać część zadawanych mu pytań. W wypowiedziach dla mediów w przerwie twierdził, że "pytania posłów nie ułatwiają wyjaśnienia sprawy". Choć nie mówił tego wprost, chodziło mu głównie o Beatę Kempę.

To właśnie między posłanką PiS a premierem co i raz dochodziło do różnego rodzaju potyczek słownych. A jedna z nich z początkowo niewinnego starcia o mało co nie zakończyła się kłótnią. Niemal tak jak siedem lat temu, gdy Ziobro sprowokował premiera pytaniami o generała Marka Papałę. "Pan jest zerem, panie pośle" - te słowa Leszka Millera w kierunku posła PiS przeszły do historii. I na pewno nie pomogły szefowi SLD w dalszej politycznej karierze.

Reklama

Wczoraj tak ostrej wymiany zdań nie było z dwóch powodów. Po pierwsze w decydującym starciu to nie Kempa, a premier miał rację. Posłanka PiS została zmuszona do przeprosin za to, że zarzuciła premierowi kłamstwo.

Zaczęło się od pytania o jedną z notatek sporządzonych przez wiceministra Jacka Kapicę latem 2008 roku. Szef rządu tłumaczył, że dokument przekazywany był drogą urzędową, bo notatka nie była poufna. "To musimy porozmawiać o tej notatce. Ona jest z dnia 28 lipca 2008. Ja mam tę notatkę. Tyle że ona nie nosi znamion poufnej, panie premierze... Skąd pan ma wiedzę, że ta notatka była poufna?" - atakowała Kempa. "Ja nie mówiłem, że ta notatka jest poufna" - odpowiedział wyraźnie zaskoczony Tusk. Kempa nie ustępowała. "Przed chwileczką pan to powiedział. No, panie premierze, ja głucha nie jestem!" - odparowała posłanka PiS. "Pani poseł, ja nie kwestionuję pani słuchu, ale nie użyłem takiego sformułowania, że notatka ta ma <charakter poufny>. Z całą pewnością tego nie powiedziałem" - zarzekał się szef rządu. I zażądał przerwy na przesłuchanie nagrania. Gdy po kwadransie obrady wznowiono stało się jasne: Tusk to starcie wygrał. I to w lepszym stylu niż Ziobro z Millerem.

Choć przesłuchanie premiera Tuska trwało wiele godzin, w zgodnej opinii wszystkich członków komisji nie przyniosło przełomu. Opozycja uważa, że absolutnie niezbędna będzie konfrontacja szefa rządu z byłym szefem CBA Mariuszem Kamińskim. Na razie jednak nie wiadomo, czy i kiedy miałoby do niej dojść. Za trzy tygodnie komisji kończy się czas pracy. W czwartek klub parlamentarny PiS złożył wniosek o przedłużenie tego terminu. Wniosek popiera lewica.