"Afera hazardowa miała miejsce, ale mojej reakcji na nią niczego nie można zarzucić" - mówił premier przed sejmową komisją śledczą.

Reklama

Posłom opozycji nie udało się Donalda Tusk przyprzeć do muru. To raczej posłów PiS co i raz świadek stawiał w niezręcznej sytuacji. W końcu w pewnym momencie wypalił: "Widzę bardzo dokładnie, że ciągle komuś brakuje dobrej, mocnej tezy, która trafi Tuska".

Sprawą, która miała go trafić, był przeciek z akcji CBA. Ale Tusk oczywiście zaprzeczał, że to on był jego źródłem. "Do dziś nie znajdujemy materii przestępstwa. Do dziś nie rozumiem, na czym miałby polegać ponury efekt tego ponurego przecieku" - mówił. I dodał: "Głównym problemem jest to, że nie ma nic na Tuska".

Kamiński bez pułapki

To od spotkania z Mariuszem Kamińskim 14 sierpnia 2009 r. zaczęła się dla premiera afera hazardowa. Jako pierwszy z polityków PO przed komisją przyznał, że nazywanie sprawy "aferą" nie przeszkadza mu. "Przez wiele tygodni wiele gorszących zachowań różnych ludzi, w tym urzędników państwowych, pozwala na używanie tego typu sformułowania" - podkreślał. Co do samego spotkania z Kamińskim, Tusk zaznaczał: "Mariusz Kamiński nie poinformował mnie o przestępstwie, ale o złych zdarzeniach".

"<Co jako premier mogę zrobić?> - spytałem" - relacjonował Tusk. I dodał: "Rekomendacja była czytelna, choć nieprecyzyjna: żebym podjął działania na własną rękę, które zabezpieczą proces legislacyjny. Przyjąłem ją z dobrą wiarą".

Jak podkreślał premier, działanie Kamińskiego uznał wtedy za niestandardowe i nietypowe. Dlaczego? Bo ten oświadczył, że jako szef CBA już nic nie może zrobić w tej sprawie i że nie zawiadomi prokuratury. Tusk mówił, że nie miał wtedy wrażenia, iż szef CBA zastawa na niego jakąś pułapkę.



Reklama

czytaj dalej

Reklama



Aksamitny przeciek

Przeciek z akcji CBA to jeden z głównych wątków, jakie starali się wyjaśnić śledczy. Tusk konsekwentnie zaprzeczał, że to on jest jego źródłem. Podkreślał, że rozpoczynając rozmowy ze Zbigniewem Chlebowskim i Mirosławem Drzewieckim zdawał sobie sprawę z tego, że podejmuje ryzyko, że jego rozmówcy mogą się domyśleć, że coś się dzieje. Ale, jak podkreślał, szef CBA nie pozostawił mu innego wyboru. "Każda rozmowa, którą przeprowadzałem, mogła zbudować przeświadczenie, że moje zachowanie jest ponadnormatywne. Każdy, kto ma nieczyste sumienie, może być zaniepokojony faktem, że z nim rozmawiam. Oczekiwano ode mnie podjęcia decyzji i działań, musiały być decyzje dramatyczne w odniesieniu personalnym co do niektórych osób" - zaznaczał premier.

Kilka godzin później poseł Bartosz Arłukowicz, dopytując Tuska o jego spotkanie z Chlebowskim, stwierdził wprost, że właśnie wtedy doszło do przecieku. "To przeciek aksamitny, ale przeciek, panie premierze" - powiedział. Tusk odparował bez zastanowienia: "Pan żartuje".

Sugestie łączące go z ostrzeżeniem hazardowych biznesmenów Tusk nazwał krótko i dobitnie: "To szpetne zachowanie. I powtórzył tezę polityków PO, że jedyny przeciek, do jakiego doszło w tej sprawie, to opublikowanie stenogramów CBA w Rzeczpospolitej".

Nowa ustawa

Premier, opisując okoliczności powstania nowej ustawy hazardowej, przyznał, że tej sprawie poświęcona była część spotkania budżetowego z 30 lipca 2009 r. Ale, jak podkreślał, żadne wiążące decyzje tam nie zapadły, a spotkanie nie było związane z jakąś wiedzą dotyczącą nieprawidłowości wokół projektu ustawy o grach i zakładach wzajemnych. "Pojawia się często wątpliwość, także publicznie wyrażana, czy to nie jest zbieg okoliczności i zastanawiające, że ja 30 lipca o tym rozmawiam, a dwa tygodnie później Mariusz Kamiński przychodzi z tą sprawą. Ja nie jestem profetykiem tak wybitnym, żebym mógł przewidzieć, z czym Mariusz Kamiński do mnie przyjdzie" - zapewniał. Dodał, że w czasie tej rozmowy dyskutowano jedynie o tym, jak pieniędzmi z hazardu można dodatkowo zasilić budżet.