"Przyznaję się na wszelki wypadek. Wolę, aby nikt podczas kampanii nie wyciągał mi, że mój dziadek był piratem. Tak było. I jestem z tego dumny. Mieć dziadka pirata to był
szacunek na podwórku. Nikt mi nie podskoczył" - powiedział "Faktowi" marszałek Sejmu Bronisław Komorowski.
Piracka przygoda Juliusza Komorowskiego zaczęła się po I wojny światowej. "Był w rosyjskiej miejscowości Perm nad rzeką Kamą. Trwała tam rewolucja bolszewicka. Zebrał grupę
Polaków i Rosjan. Musieli się ratować. Porwali statek. Ustawili kulomioty na dziobie i na rufie, i popłynęli na Wołgę z zamiarem dotarcia do Morza Kaspijskiego. Płynąc, strzelali się i z
czerwonymi, i z białymi" - opowiada Komorowski.
Niestety, wypłynąć na szerokie morza im się nie udało. Dotarli jedynie do mostu w Astrachaniu. Ale tam musieli uciekać przed gradem armatnich kul. Przez kilka miesięcy pływali Wołgą w dół
i w górę, unikając pościgu. Aż pewnego razu wpadli w zasadzkę - pisze "Fakt".
"Większość z nich rozstrzelano. Ale mojemu dziadkowi udało się uciec. Tak się zakończyła jego kariera pirata. Przedarł się do Wilna, wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej i
uczestniczył w demonstracjach antyniemieckich" - opisuje Komorowski.
>>>Zobacz także: Romantyczny jak... Giertych. FOTO