"Powszechnie wiadomo, że firma Larchmont Capital maczała palce w różnych prywatyzacjach, a Dochnal kupował nie tylko firanki do mercedesa posła Pęczaka" - mówił dziś Roman Giertych. "Wiemy, że Dochnal działał nie tylko w sektorze paliwowym, ale też lobbowa na rzecz prywatyzacji Polskich Hut Stali (PHS), w czym pomagała mu <Gazeta Wyborcza>" - dodał Giertych. Dlatego LPR chce zmienić nazwę i zakres działania komisji śledczej, która wcześniej zajmowała się tylko przekrętami w Orlenie. Giertych twierdzi, że jest na to zgoda partii koalicyjnych.
Dowodem obciążającym "Gazetę Wyborczą" jest serdeczna - zdaniem Giertycha - korespondencja między Markiem Dochnalem a dziennikarką Dominiką Wielowieyską. Giertych cytował dziś fragmenty tych listów. Dochnal miał wysłać do Wielowieyskiej podziękowania za jej artykuły, które ta napisała w okresie, gdy odbywał się przetarg na prywatyzację PHS. Miał jej również przesłać pytania, które powinni stawiać dziennikarze w mediach. Jedno z nich brzmiało: "Kiedy będzie decyzja w sprawie prywatyzacji PHS na rzecz LNM?". To pytanie miało sugerować, że tylko LNM - indyjski koncert stalowy, na rzecz którego lobbował Marek Dochnal - może wygrać przetarg. Drugie pytanie - prawdopodobnie skierowane do ministra skarbu - miało brzmieć: "Dlaczego zwleka Pan z prywatyzacją PHS?".
Roman Giertych zasugerował też, że Agora, wydawca "Gazety Wyborczej", mogła być w - jak się wyraził wicepremier - układzie. Chodzi o grupę ludzi i instytucji zainteresowanych szybką prywatyzacją m.in. PHS. Według Giertycha na taki trop wpadła już wcześniej komisja śledcza ds. Orlenu. "Komisja podczas swoich prac zrealizowała wszystkie swoje uchwały oprócz jednej - nie uzyskała od <Gazety Wyborczej> informacji o stu instytucjach, które mogły być powiązane z Dochnalem i PKN Orlen, i które dawały reklamy w <Gazecie>. Agora odmówiła nam takich informacji" - powiedział Giertych.
Zdaniem Giertycha, do układu należał też "pałac" prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wicepremier wymienił Antoniego Styrczulę, rzecznika prezydenta, który później miał dostać pracę właśnie w LNM. Giertych twierdzi, że w układzie byli też ludzie zatrudnieni w kancelarii ówczesnego premiera Leszka Millera.