Klamka zapadła. Nie będzie prześwietlenia byłej wiceminister. Jest już zwykłym obywatelem, a ich lustracja nie dotyczy - uznał dziś sąd lustracyjny. Teraz, by zostać oczyszczoną z zarzutów o współpracę z SB, Gilowska musi sama złożyć wniosek o lustrację. Na razie nie wiadomo, czy tak zrobi. Konsultuje się z prawnikami i czeka na zapowiedzianą na popołudnie konferencję premiera Marcinkiewicza.
Premier Marcinkiewicz musi być niepocieszony taką decyzją sądu. Wzywał do lustracji Zyty Gilowskiej, tłumacząc, że byłoby draństwem, gdyby Gilowska najpierw
straciła stołek szefa finansów za podejrzenia, że współpracowała z komunistyczną bezpieką, a potem nie można by jej było zlustrować.
Ale też trochę sam jest sobie winny. Gdyby nie zdymisjonował wiceminister, to jej lustracja jako osoby pełniącej funkcję publiczną byłaby pewna. A tak nici z prześwietlenia.
Wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego złożył w miniony piątek zastępca rzecznika interesu publicznego Jerzy Rodzik. Uważa on, że Gilowska zataiła w swoim oświadczeniu lustracyjnym, iż w latach 80. była tajnym, świadomym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Jeszcze tego samego dnia została zdymisjonowana ze stanowisk pełnionych w rządzie.
Nie wiadomo, jakie dowody przeciwko Gilowskiej przekazał sądowi zastępca rzecznika. Media informowały, że w teczce Gilowskiej nie ma żadnych dokumentów podpisanych przez nią, w tym nie ma jej zgody na współpracę. Są natomiast notatki lubelskiego funkcjonariusza SB, który miał być jej oficerem prowadzącym i zarejestrować ją pod pseudonimem Beata. Oficer prywatnie jest mężem bliskiej koleżanki Zyty Gilowskiej. Miały też pojawić się zeznania nowych świadków w sprawie.
Sama Gilowska tłumaczy, że nie współpracowała z SB i nie donosiła świadomie na środowisko naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie wówczas prowadziła wykłady. Gilowska przekonuje, że nie była świadoma, iż mąż jej koleżanki jest funkcjonariuszem SB i może wykorzystać jej znajomość z jego żoną.
Ale też trochę sam jest sobie winny. Gdyby nie zdymisjonował wiceminister, to jej lustracja jako osoby pełniącej funkcję publiczną byłaby pewna. A tak nici z prześwietlenia.
Wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego złożył w miniony piątek zastępca rzecznika interesu publicznego Jerzy Rodzik. Uważa on, że Gilowska zataiła w swoim oświadczeniu lustracyjnym, iż w latach 80. była tajnym, świadomym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Jeszcze tego samego dnia została zdymisjonowana ze stanowisk pełnionych w rządzie.
Nie wiadomo, jakie dowody przeciwko Gilowskiej przekazał sądowi zastępca rzecznika. Media informowały, że w teczce Gilowskiej nie ma żadnych dokumentów podpisanych przez nią, w tym nie ma jej zgody na współpracę. Są natomiast notatki lubelskiego funkcjonariusza SB, który miał być jej oficerem prowadzącym i zarejestrować ją pod pseudonimem Beata. Oficer prywatnie jest mężem bliskiej koleżanki Zyty Gilowskiej. Miały też pojawić się zeznania nowych świadków w sprawie.
Sama Gilowska tłumaczy, że nie współpracowała z SB i nie donosiła świadomie na środowisko naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie wówczas prowadziła wykłady. Gilowska przekonuje, że nie była świadoma, iż mąż jej koleżanki jest funkcjonariuszem SB i może wykorzystać jej znajomość z jego żoną.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|