Dziennik Gazeta Prawana logo

"Tam nic nie ma" - mówi Gilowska o teczce SB

13 października 2007, 16:46
Ten tekst przeczytasz w 1 minutę
Zyta Gilowska przyrównała swoją dymisję do zamachu stanu, a proces lustracyjny uznała za blef, który miał ją zmusić do odejścia. Po dwóch godzinach spędzonych na lekturze własnej teczki stwierdziła, że nie ma w nich nic, co mogłoby być powodem oskarżenia jej o tajną współpracę z SB.

"Tam nic nie ma (...) jedynie bałagan, pomylone numery i jakieś nieznane mi sprawy" dziwiła się Gilowska po wyjściu z sądu lustracyjnego. "Nie ma donosów" - wyjaśnia i dodaje: "jest mowa o tym, że szuka się jakichś niemieckich i brytyjskich szpiegów". W materiałach jest też o "sprawie w Lubartowie, na Majdanku i brytyjskich obywatelach" - dziwi się Gilowska. "W Lubartowie w czasach PRL-u nie byłam" - twierdzi - "a na Majdanku nie byłam dotychczas".

Zdziwił ją także fakt, że jej rzekome zarejestrowanie przeprowadził nie oficer prowadzący, a pracownik archiwum. "Te materiały nie dawały rzecznikowi interesu publicznego prawa do wszczęcia procesu lustracyjnego" - ocenia była wicepremier.

"Miałam się przerazić i odejść" - kwituje Gilowska.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj