"Tam nic nie ma (...) jedynie bałagan, pomylone numery i jakieś nieznane mi sprawy" dziwiła się Gilowska po wyjściu z sądu lustracyjnego. "Nie ma donosów" - wyjaśnia i dodaje: "jest mowa o tym, że szuka się jakichś niemieckich i brytyjskich szpiegów". W materiałach jest też o "sprawie w Lubartowie, na Majdanku i brytyjskich obywatelach" - dziwi się Gilowska. "W Lubartowie w czasach PRL-u nie byłam" - twierdzi - "a na Majdanku nie byłam dotychczas".
Zdziwił ją także fakt, że jej rzekome zarejestrowanie przeprowadził nie oficer prowadzący, a pracownik archiwum. "Te materiały nie dawały rzecznikowi interesu publicznego prawa do wszczęcia procesu lustracyjnego" - ocenia była wicepremier.
"Miałam się przerazić i odejść" - kwituje Gilowska.