Książkę "Kościół katolicki w czasach komunistycznej dyktatury", która w czwartek trafi do księgarń, napisali historycy po przekopaniu się przez archiwa IPN. Wynika z niej, że w 1971 r. ks. Maliński był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB o pseudonimie Delta. Sam duchowny wielokrotnie zaprzeczał tym informacjom.

W książce przygotowanej przez historyków Papieskiej Akademii Teologicznej i IPN opisane są także kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa trzech innych duchownych: ks. Mieczysława Łukaszczyka, ks. Mirosława Drozdka i ks. Mieczysława Satory.

Szef krakowskiego IPN prof. Ryszard Terlecki uważa, że opisane w książce dokumenty wskazują na agenturalną przeszłość Malińskiego. Jednak - jak podkreśla Terlecki - w archiwach nie zachował się koronny dowód jego winy - podpisane przez niego zobowiązanie do współpracy. "Bezpieka nie brała od tysięcy swoich konfidentów zobowiązań. Nie brała, bo ich nie potrzebowała. Dawała im zadania, a oni je wykonywali. Znaczna część tych teczek się nie zachowała" - mówi Terlecki.

"Jeśli chodzi o Malińskiego, mamy puste tekturowe teczki, w których ktoś zostawił - nie wiadomo, czy przypadkowo, czy celowo - parę dokumentów. Czy to jest manipulacja? Ja osobiście nie bardzo w to wierzę. Raczej był jakiś chaos w działalności bezpieki. Z tego, co mamy, wynika niezbicie, że kilkakrotnie w różnych okresach współpracował z bezpieką" - dodaje Terlecki.

"Wiele dokumentów na temat księdza zostało zniszczonych w 1990 r., ale nie wszystkie" - opowiada współautor książki Marek Lasota, historyk IPN. Według niego, z dokumentów, które ocalały, wynika, że ks. Maliński przekazał SB "szereg ciekawych informacji, dotyczących postaw, działalności i kontaktów polskiej delegacji, a szczególnie kard. Wyszyńskiego podczas trwania poszczególnych sesji Soboru Watykańskiego". SB podkreślało, że ks. Maliński nie przepadał za kard. Wyszyńskim, za to przyjaźnił się z abp. Karolem Wojtyłą.

O tym, że ks. Maliński był agentem SB, jest przekonany też ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który bada związki duchownych z bezpieką. Według niego, ksiądz był świadomym współpracownikiem i "nie ma co do tego cienia wątpliwości".