Wildstein przyznał w rozmowie z radiową "Trójką", że spodziewał się decyzji o odwołaniu, kiedy wczoraj po południu członkiem rady nadzorczej TVP został Andrzej Urbański. Przypomniał, że pierwsze próby usunięcia go ze stanowiska podejmowano już miesiąc po objęciu przez niego gabinetu przy Woronicza.
Odwołany szef telewizji mówił, że nikt mu nie wyjaśnił powodów dymisji. "Może teraz trwa intensywna praca, żeby sformułować jakieś uzasadnienie" - zastanawiał się w rozmowie z RMF.
Wcześniej jednak powiedział DZIENNIKOWI, że "naraził się wpływowym grupom interesu". "Chciałem zrobić z TVP telewizję publiczną, czyli taką, która nie jest własnością żadnych grup biznesowych, lobbies czy partii politycznych. Z czasem tych potężnych przeciwników przybywało. Tych, którzy utracili swe wpływy i wreszcie tych, którzy ich nie uzyskali, choć uważali, że im się one należą" - wyliczał. Zapewnił też, że wczorajsza decyzja wcale nie złamała mu kariery. "Żaden polityk nie może tego zrobić" - dodał.
Były już szef TVP zapowiedział, że nie zamierza stawać do konkursu na nowego prezesa. Zamiast tego zajmie się pisaniem książki. Pytany o kandydaturę Urbańskiego powiedział, że pod jego rządami TVP "może zachowa niezależność".
Wildstein mówił dziś także, że choć nie skończył tego, co zaczął, to "coś mu się tam przez te dziewięć miesięcy udawało".