Na Dorna zagłosowało 235 posłów z partii koalicyjnych. Komorowskiego poparło 189 parlamentarzystów z SLD, PO i PSL. Większość bezwzględna potrzebna do wyboru marszałka wynosiła 214 głosów.
Jakim Dorn będzie marszałkiem? Mimo że mówią o nim "Ludwik - Żelazna Pięść" zapewnia, że pięścią rządzić Sejmem nie będzie. "Żadnym parlamentem pięścią rządzić nie można" - mówił. "Parlament to bardzo subtelna maszyneria. Tu są potrzebne narzędzia subtelne" - powiedział. Ale przyznał, że do niektórych spraw będzie podchodził stanowczo.
Zamieszanie wokół wyboru marszałka Sejmu ciągnęło się od zaskakującej rezygnacji Marka Jurka, zapowiedzianej dwa tygodnie temu. Dotychczasowy marszałek odszedł z funkcji po tym, jak nie udało się wprowadzić do konstytucji zapisu o ochronie życia od momentu poczęcia. Jurek uznał to za osobistą porażkę i zrezygnował. Dzień później odszedł z PiS. Tłumaczył, że został obrażony przez kogoś z partii, a do tego premier nie zgodził się na dyskusję o przyczynach porażki w sejmowych głosowaniach.
Od tego czasu rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania następcy Jurka. Pojawiały się różne nazwiska - Pawła Zalewskiego, Joachima Brudzińskiego, Aleksandry Natalli-Świat, Jarosława Zielińskiego czy ostatnio Zbigniewa Wassermanna. Przez cały czas PiS i premier próbowali też namówić Marka Jurka do powrotu do szeregów partii. Szef rządu obiecywał, że marszałek nie poniesie żadnych konsekwencji i nie straci żadnej z funkcji. Ale Jurek, który w międzyczasie zapowiedział założenie własnej partii, nie ugiął się i nie zgodził na powrót.
Kandydatura Dorna pojawiła się tuż po zapowiedzi rezygnacji Jurka. Jako pierwszy poinformował o niej dziennik.pl. Sam Dorn przez dłuższy czas zapewniał, że nie będzie się starał o fotel marszałka. Ostatnio jednak premier ujawnił, że udało mu się go przekonać.
Jeszcze przed dzisiejszymi głosowaniami prezydencki minister Maciej Łopiński zapowiedział, że wicepremier Ludwik Dorn poda się do dymisji. Był to ostatni gest, który otworzył mu drogę do stanowiska marszałka.
Do ostatniej chwili trwały też przepychanki między koalicjantami. Choć PiS od początku twierdziło, że w czasie głosowania nie powinno być problemów, LPR wciąż wstrzymywała się z jednoznaczną deklaracją. Wreszcie po spotkaniach z premierem i z samym Dornem padła deklaracja - poprzemy. I jak zapowiedzieli, tak zrobili.