- Premier Mateusz Morawiecki powiedział prawdę, która jest trudna do przyjęcia przez stronę izraelską. Nie przeczymy, że dochodziło do indywidualnej współpracy z okupantem z różnych stron, dlatego za mówienie prawdy nie ma potrzeby przepraszać - powiedziała PAP rzeczniczka PiS Beata Mazurek.

Reklama

Wiceminister Jaki również jest przeciwny przeprosinom za słowa Morawieckiego w Monachium. Zaapelował o nie m.in. przewodniczący Światowego Kongresu Żydów Ronald S. Lauder.

- My mamy ciągle przepraszać, że podczas II Wojny Światowej zachowywaliśmy się przyzwoicie, walczyliśmy z Hitlerem, a najwięcej sprawiedliwych wśród narodów świata jest wśród Polaków? - powiedział Jaki w programie "Kawa na ławę" w TVN24. - Co złego powiedział premier? Powiedział, że były poszczególne zbrodnie Polaków, Ukraińców, były zbrodnie Żydów i jest wielkie oburzenie, że wspomniał o zbrodniach Żydów - dodał.

Wiceminister przywołał także słowa Hanny Arendt, że "dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu własnego narodu, stanowi najczarniejszy rozdział całej tej ponurej historii".

- Hanna Arendt udowadniała, że nie byłoby takiej skali tej zbrodni, gdyby nie współpraca również Żydów. Czy to znaczy, że Żydów należy obwiniać albo Polaków? Nie, Żydzi byli wielkimi ofiarami, wielkimi ofiarami byli Polacy. Premier Morawiecki powiedział przecież to, co Hanna Arendt, to o co macie pretensje do Polaków? - pytał wiceminister sprawiedliwości.

Jaki wyraził też zrozumienie, że "powinniśmy rozumieć wrażliwość innych narodów". - Ale kto w takim razie zrozumie naszą wrażliwość, wrażliwość Polaków, jednej z największych ofiar II wojny światowej? - pytał. I dodał: "Polska jest takim ulubionym chłopcem do bicia, ulubionym chłopcem do kopania, trzeba powiedzieć temu dość".

Z kolei Andrzej Halicki (PO) zwracał w tym samym programie uwagę, że relacje polsko-żydowskie są bardzo wrażliwe. - Trzeba bardzo dużo umiaru, każde słowo się liczy. Jeżeli pada słowo sprawcy, to choćby przez to, że jest interpretowane niezgodnie z intencjami, będzie stanowiło problem - zaznaczył. Jego zdaniem, trzeba w takich sytuacjach przede wszystkim mówić o faktach i "odpowiedzialności konkretnych ludzi". - Nie wolno generalizować - ocenił Halicki.

Podczas jednego z paneli sobotniej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium dziennikarz Ronen Bergman, zwracając się do szefa polskiego rządu ws. nowelizacji ustawy o IPN, przedstawił historię swojej urodzonej w Polsce matki, która przeżyła Holokaust, ale wielu członków jej rodziny zginęło, ponieważ zostali zadenuncjowani na Gestapo przez Polaków. Następnie oświadczył: "Gdybym opowiedział jej historię w Polsce, byłbym uznany za przestępcę?. Co wy próbujecie zrobić? Dolewacie oliwy do ognia".

Odpowiadając na pytanie Bergmana, Morawiecki powiedział m.in.: "Jest to niezmiernie ważne, aby zrozumieć, że oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane, jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy zbrodniarze. Tak jak byli żydowscy zbrodniarze, tak jak byli rosyjscy zbrodniarze, czy ukraińscy - nie tylko niemieccy".

Premier użył angielskiego słowa "perpetrators", co w Izraelu odebrano jako stwierdzenie, że wśród sprawców Holokaustu byli także Żydzi i co wywołało ostrą reakcję. Premier Izraela Benjamin Netanjahu uznał wypowiedź za "oburzającą", a lider izraelskiej Partii Pracy Awi Gabbaj powiedział, że brzmiała jak negowanie Holokaustu. Przewodniczący Światowego Kongres Żydów Ronald S. Lauder w opublikowanym w nocy z soboty na niedzielę oświadczeniu potępił wypowiedź Morawieckiego, jako "absurdalną i niesumienną".

Rzeczniczka polskiego rządu Joanna Kopcińska w oświadczeniu przekazanym PAP napisała, że głos premiera w dyskusji w Monachium w najmniejszym stopniu nie służył negowaniu Holokaustu ani obciążaniu żydowskich ofiar jakąkolwiek odpowiedzialnością za niemieckie ludobójstwo.