– To taki klaps penitencjarny – mówił w zeszłym roku wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł podczas prezentacji najważniejszych punktów planowanej reformy prawa karnego. – Żeby sprawca poczuł na własnej skórze, co to znaczy więzienie – wyjaśniał. Stało za tym założenie, że dotychczas sądy zbyt pobłażliwie traktowały delikwentów, którzy dopuścili się przestępstwa mniejszego kalibru, a zwłaszcza zbyt lekką ręką skazywały ich na kary poniżej roku pozbawienia wolności w zawieszeniu. Taka łagodna reakcja stoi zaś w kolizji z wyznawanym przez kierownictwo resortu przekonaniem, że kara ma przede wszystkim pełnić funkcję odstraszającą. Zdaniem Zbigniewa Ziobry wyroki w zawieszeniu utwierdzają tylko drobnych przestępców w poczuciu bezkarności i zachęcają ich do konfliktów z prawem.

Dlatego MS zapowiedział wprowadzenie do polskiego kodeksu karnego nowej jakości – kary 15 dni więzienia. Miała ona stać się przestrogą dla osób, które incydentalnie weszły na ścieżkę przestępstwa, i raz na zawsze wybić im z głowy kolejne. Założenie było takie, że skazany na nie więcej niż półtora roku pozbawienia wolności mógłby pójść do więzienia na 15 dni, a reszta wymierzonej mu kary pozostałaby zawieszona (a nie w całości, tak jak obecnie). Jeśli z kolei popełniłby kolejne przestępstwo, to wróciłby do zakładu karnego.

Klaps penitencjarny był wzorowany na rozwiązaniach działających w krajach skandynawskich (m.in. w Szwecji i Finlandii, gdzie najniższa przewidziana kara to 14 dni więzienia). Tyle że tam populacje osadzonych jednocześnie należą do najniższych w Europie w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców, przede wszystkim ze względu na bardzo szerokie stosowanie kar ograniczenia wolności w formie pracy na cele społeczne oraz dozoru elektronicznego.

Idea 15-dniowej odsiadki była zresztą modyfikacją koncepcji kar weekendowych, forsowanej przez Ziobrę za czasów pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości. Pomysł był taki, że osoby skazane na nie więcej niż pół roku więzienia przez pięć dni w tygodniu normalnie pracowałyby czy chodziły do szkoły, a w weekend meldowały się w wyznaczonych zakładach karnych w pobliżu miejsca zamieszkania. Jak mówił wtedy Ziobro, więzienie miało u nich "wywołać wstrząs", a jednocześnie nie rozbijać codziennego funkcjonowania. Projekt nowelizacji kodeksu karnego zawierający to eksperymentalne rozwiązanie, został nawet w 2007 r. przyjęty przez rząd, ale potem na dobre ugrzązł w komisji sejmowej. Kiedy przyszło do szczegółów operacyjnych, okazało się, że wcielenie go w życie wymagałoby najpierw solidnej reorganizacji systemu penitencjarnego.

Z podobnych powodów ministerstwo ostatecznie wycofało się z wprowadzenia tzw. klapsa penitencjarnego i nie ma go w zaprezentowanym przed tygodniem projekcie dużej reformy kodeksu karnego. – Wymaga to szerszych i pogłębionych analiz w kontekście infrastruktury więziennictwa – przyznaje DGP wiceminister Marcin Warchoł. Eksperci znający specyfikę funkcjonowania systemu penitencjarnego zwracali uwagę, że przełożenie pomysłu 15-dniowych kar na praktykę pociągnęłoby za sobą ogromne koszty na wejściu, choćby wynikające z tego, że każda osoba przyjmowana do zakładu karnego musi zostać przebadana przez lekarzy czy dostać odzież i środki czystości. Do tego dochodzi nierozwiązany od lat problem ogromnej liczby skazanych oczekujących na więzienną celę (liczba "zakolejkowanych" osób sięga kilkudziesięciu tysięcy).

Nawet pomijając obiektywne przeszkody operacyjne, krytycy propozycji MS powątpiewali w wychowawczy efekt 15-dniowej odsiadki. – Dla szefa podwórkowej bandy odbycie takiej kary byłoby raczej nobilitacją, a nie czymś, co miałoby go wystraszyć na przyszłość – podkreśla Krzysztof Olkowicz, główny koordynator ds. ochrony zdrowia psychicznego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, wcześniej funkcjonariusz Służby Więziennej z ponad 30-letnim stażem. W jego opinii zamiast ograniczyć skalę przestępczości, wdrożenie klapsa penitencjarnego w życie mogłoby mieć efekt odwrotny: groziłoby wykreowaniem nowej katalogi kryminalistów.