W minionym tygodniu Solidarna Polska zawnioskowała do klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości i współkoalicjantów o odwołanie z funkcji przewodniczącej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny posłanki Lewicy Magdaleny Biejat. W uzasadnieniu podawano, że Solidarna Polska nie zgadza się, by "ideologie, eksperymenty społecznej inżynierii, uderzały w podstawy naszej cywilizacji, tradycji i tożsamości".

Z kolei prezes PiS Jarosław Kaczyński w tygodniku "Gazeta Polska" komentując poparcie przez posłów PiS wybory Biejat na szefową komisji powiedział, że "ta sprawa wkrótce zostanie rozwiązana".

Pytana w radiowej Trójce o wybór Biejat na szefową komisji, Gosiewska stwierdziła, że "to, oczywiście, w każdej chwili jest możliwe do zmiany". Jak wskazywała, PiS starało się szanować wskazania klubów w kwestii kandydatów na różne funkcje sejmowe. - Tutaj też tak do tego podeszliśmy. Odbiór jest bardzo negatywny. Jesteśmy w stanie, oczywiście, to zmienić - oświadczyła Gosiewska.

Podkreśliła jednocześnie, że przewodniczący komisji nie podejmuje strategicznych decyzji, tylko prezydium komisji, które decyduje m.in. o porządku posiedzenia. Wicemarszałek Sejmu wskazywała, że w prezydium komisji są parlamentarzystki PiS, które są "zdecydowane w swoich poglądach i reprezentują linię PiS". - Tu nie ma żadnego zagrożenia, żeby prace komisji poszły w złym kierunku - dodała.

- Jeśli rzeczywiście wybór ten - mnie też on się nie podobał - jest tak bardzo źle oceniany, to jesteśmy skłonni, w każdej chwili mamy możliwość dokonania zmiany, ale myślę, że najpierw będziemy próbowali rozmawiać z klubem parlamentarnym SLD, aby to oni zmienili swojego kandydata na funkcję przewodniczącego komisji - mówiła Gosiewska.

Kandydaturę Biejat na przewodniczącą sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny w głosowaniu poparło 25 posłów, przeciw było trzech, czterech wstrzymało się od głosu.

Biejat w ławach poselskich zasiada pierwszy raz. Z wykształcenia jest socjolożką. Pracowała jako tłumaczka literatury hiszpańskojęzycznej. W Fundacji "Stocznia" zajmowała się m.in. badaniami społeczeństwa obywatelskiego i oceną skuteczności działań podejmowanych przez organizacje pozarządowe i urzędy. Od 2015 r. jest członkinią Lewicy Razem. W wyborach do parlamentu startowała z okręgu warszawskiego z listy SLD.

Wicemarszałek Sejmu była również pytana o tzw. żeńskie końcówki, czyli stosowanie feminatywów w odniesieniu do parlamentarzystek - co postulują przedstawicielki Lewicy. Zdaniem Gosiewskiej jest to "psucie języka polskiego" i "ośmieszanie funkcji", którą wypełniają kobiety.

- Posłanka - z czym nam się kojarzy, patrząc na język polski? Nie kojarzy się dobrze, nie jest to poważne określenie funkcji, którą wypełniamy - mówiła. - Posłanka to chyba jakaś kanapa - dodała.

Gosiewska stwierdziła, że wolałaby zajmować się "sprawami poważnymi", ale dyskusja na temat żeńskich końcówek pokazuje, że to "kolejny krok dla rozpychania się ze swoim światopoglądem w środowisku, które w Polsce tego typu nowoczesności nie akceptuje i akceptować nie będzie". - Jesteśmy przywiązani do tradycji. I tej tradycji opartej na chrześcijańskich wartościach będziemy bronić w każdym miejscu, a szczególnie w parlamencie - oświadczyła.

Przed pierwszym posiedzeniem Sejmu posłanki Lewicy złożyły w Kancelarii Sejmu pismo, w którym domagają się, aby na drukach sejmowych i tabliczkach przy miejscach w sali plenarnej były "żeńskie końcówki", czyli aby zamiast słowa "poseł" stosowano wobec nich sformułowania "posłanka". Kancelaria Sejmu nie uwzględniła tego postulatu.

W ubiegłą środę posłanki Lewicy spotkały się w tej sprawie z marszałek Sejmu Elżbietą Witek. Jak informowały, sprawa "żeńskich końcówek" ma być tematem najbliższego posiedzenia Prezydium Sejmu.