"Do teraz mam uśmiech na twarzy. Donald Tusk wreszcie przypomniał sobie o Janie Rokicie. To miłe, że szuka posady dla mojego męża. Naprawdę wesoły premier, wesoły żart. Ale
szczerze powiem... wątpię, aby mój mąż zechciał być ambasadorem. Nie umniejszam zasług żadnego ambasadora, ale myślę, że potrzebne są do tego odpowiednie kwalifikacje, a nie wydaje mi
się, aby mój mąż je miał. Trzeba znać kulturę danego kraju, dużo o nim wiedzieć" - opowiada "SE" Nelly Rokita.
Deklaruje, że nawet jeśli Jan wyjedzie, ona zostanie w kraju. "Ja chcę być w Polsce. Polska może odegrać potężną rolę. Poza tym uważam, że bycie posłem to wyróżnienie. Wybrali
mnie ludzie i gdybym teraz wyjechała, to byłoby nieuczciwe" - tłumaczy.
"Ludzie plotkują, że to, że pani tu, a on tam, byłoby naturalne, bo państwa małżeństwo i tak się rozpada" - zapytał Nelly Rokitę dziennikarz. "To prywatna sprawa
i nie będę tych rewelacji komentować. Ale powiem: ludzie z Platformy Obywatelskiej od dawna chcą, by nasz związek się rozpadł. Więc może ta propozycja bycia ambasadorem wcale nie wyszła ze
szczerego serca, a jest planem?" - zastanawia się posłanka PiS.