Wkładał ręce we wszystko - pilnował pieniędzy Solorza, kręcił się koło pierwszej liberalnej partii (która właśnie rządzi), zasilał spółdzielnię Tomaszewskiego, stawiał pierwsze kroki we własnym biznesie, a gdy był bez pracy, politycy szli w miasto, by poszukać mu atrakcyjnej posady. I teraz Bondaryk wrócił do tajnych służb, by tych polityków i biznesmenów pilnować.

Tajne służby nie zawsze miały szczęście do szefów, ale pomysł, by na czele największej z nich stawiać postać z tak ciężkim bagażem, wydaje się szczególnie niefortunny.

Na czele Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego stał się jedną z najpotężniejszych osób w kraju, mówi się nawet, że jest drugi po wicepremierze Grzegorzu Schetynie. Ale w kategorii: kontrowersyjna postać tego rządu zajmuje już pierwsze miejsce. Opozycja ostrzega, że nad Bondarykiem nie ma dziś żadnego nadzoru. "O realnej kontroli nie może być mowy" - uważa Zbigniew Wassermann z PiS.

I coś jest w tym zarzucie, bo jak sam jeden, mocno zajęty premier może skutecznie monitorować w sumie pięć tajnych służb bez żadnego aparatu, bez pełnomocników? Jak, bez żadnych struktur, może rozwiewać wątpliwości, jakie budzi ta niefortunna nominacja? Czy to możliwe, by w całym kraju nie było odpowiedniego kandydata, którego przeszłość i podejmowane decyzje nie wywoływałyby tak wielu znaków zapytania?

Człowiek od dobrej roboty

Nie wahał się szczególnie długo, choć dla posady szefa ABW porzucił fantastyczną karierę w biznesie. Miesięcznie mógł tam zarabiać przynajmniej 50 tysięcy. Był wysoko ceniony. "Ma nosa do łapania przewałów i wielką intuicję prawną. Zawodowiec" - chwali Krzysztof Turkowski, który przyprowadził Bondaryka do Zygmunta Solorza.

"Zawodowiec" budował Solorzowe imperium przez dobre pięć lat - najpierw pilnował pieniędzy w Invest Banku, który Solorz kupił, by procenty nie trafiały do obcej kieszeni, potem zaprowadzał porządek w Elektrimie i w Erze. Piotr Nurowski, prezes Elektrimu, prawa ręka Solorza: - Porządny człowiek. Wykonał u nas kupę dobrej roboty.

Był z Solorzem na dobre i na złe, także wtedy, gdy pisowski rząd - w cieniu polowania na Ryszarda Krauzego - próbował rozsadzić imperium właściciela Polsatu.

Kłopoty w rodzinie

Pierwszych kłopotów zaczęła przysparzać rządzona przez PiS Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Jednego dnia potrafiła nałożyć na Polsat kary sięgające miliona złotych. Drugiego odebrała koncesje pięciu lokalnym stacjom, które kojarzono z Solorzem. A na deser, w wyniku zbiegu okoliczności, odgrzała notatki sprzed 14 (!) lat, w których służby specjalne sugerowały, że firmy Solorza piorą pieniądze włoskiej mafii. Tajne kwity powędrowały do katowickiej ABW, wszczęto postępowanie wyjaśniające.

Trwa ono do dziś, ale już teraz pod nadzorem Bondaryka.

Od cudownego odnalezienia notatek minął ponad rok i nic nie zwiastuje, by sprawa zmierzała ku finałowi. Jest dokładnie odwrotnie - mnożą się obawy, że ABW straciła serce do tej sprawy. Oficer ABW oddelegowany do wyjaśnienia tajemnic polsatowskiego imperium został odwołany do macierzystej placówki.

Następca wgryza się w temat od nowa. "To tylko jeden z wątków bardzo dużego śledztwa. Wciąż jesteśmy na początkowym etapie" - mówi Zbigniew Pustelnik z katowickiej prokuratury.

Pracy po łokcie

Przykrościom w świecie mediów miał towarzyszyć kolejny cios w Solorzowy biznes. Chodzi o elektrownie PAK. Choć sprawa nie przebiła się nigdy do gazet, to już był naprawdę poważny kłopot - w grę wchodziły nieporównywalnie większe pieniądze.

PAK to elektrownie (Pątnów, Adamów, Konin), które Solorz włączył do swego imperium. Poprzedni rząd zlecił specsłużbom sprawdzić tę prywatyzację. Chyba słusznie, bo pojawiło się sporo wątpliwości. Jak jesienią opowiadali nam informatorzy z tajnych służb i prokuratury, już szykowano pierwsze zatrzymania, ale ze względu na kampanię wyborczą decyzję wstrzymano.

A po wyborach cały impet śledztwa zniknął. O zatrzymaniach nie ma już mowy, o ekspertyzy pytani są kolejni biegli. Jedna z zamówionych wcześniej opinii liczy osiemset stron, więc oczywiste jest, że i ta sprawa zapowiada się na długie miesiące.

No i tak się teraz złożyło, że również ten Solorzowy kłopot jest w rękach Bondaryka. I to w pełnym tego słowa znaczeniu, bo akta sprawy PAK były jednymi z pierwszych, jakie chciał widzieć na swym biurku.

To jednak nie wszystko - dowiedzieliśmy się, że całkiem niedawno los zrzucił na barki Bondaryka kolejne odpowiedzialne zadanie. Znowu dotyczy PAK, bo właśnie waży się jego przyszłość. Rząd chce odkupić udziały, ale pod warunkiem, że wcześniej zobaczy wszystkie potrzebne papiery. A to oznacza kontrolę w spółce Elektrim, która dla Solorza nabyła udziały PAK.

Kawa z biznesmenem

To żadna radość dla biznesmena, nikt nie chce, by mu grzebać w dokumentach, a Elektrim po długoletnich i skomplikowanych sporach właścicielskich nie chce tego szczególnie. Rząd też obawia się, że kupi kota w worku. Resort skarbu wpadł więc na pomysł, by nad kontrolą w Elektrimie i nad przygotowaniem całej transakcji czuwała ABW.

Oczywiście pod wodzą Bondaryka, który jeszcze niedawno doradzał prezesowi tej firmy.

Teraz więc Bondaryk sprawdzi, czy w zaprzyjaźnionej i świetnie znanej mu spółce nie dochodziło do nieprawidłowości. Zadba, by jego niedawny pracodawca, z którym jest wciąż w doskonałych relacjach, nie wyprowadził Skarbu Państwa w pole.

- Widujecie się czasem? - pytamy Nurowskiego na początku maja.
- Strach powiedzieć: od momentu nominacji ani razu. Tak sobie myślę, że zadzwonię dopiero w lipcu, na imieniny.

Do lipca jednak mnóstwo czasu, trudno wytrzymać. W zeszły czwartek pytamy Bondaryka:
- Spotykacie się czasem?
- Nie widzieliśmy się od wielu miesięcy. Ale akurat dziś wypiliśmy kawę.
- I o czym rozmawialiście?
- Że zaraz się z wami spotykam.

Tylko nie Brochwicz

Ludwik Dorn, były wicepremier i minister spraw wewnętrznych w rządzie PiS, nie ma wątpliwości, dlaczego nominowano Bondaryka: "Tusk całkowicie świadomie wysyła do określonych środowisk biznesowych sygnały, że ze strony rządu mają gwarancje bezpieczeństwa".

Nikt nie chce się przyznać, kto wpadł na pomysł, by zabrać Bondaryka ze świata biznesu, ale wszystkie ścieżki prowadzą do Grzegorza Schetyny. Wypatrzył go już wcześniej, wśród szeregowych członków PO. I już wcześniej próbował ulokować go na atrakcyjnej posadzie wiceprezydenta stolicy. Wtedy się nie udało, bo fotel obiecano wcześniej komuś innemu, ale tym razem kłopotów nie było. Oczekiwania, jakie przed Bondarykiem postawiono, też nie były szczególne - o służbach miało być po prostu cicho, by jeszcze wyraźniej odróżnić się od poprzedniej władzy.

"Ławka była krótka" - mówi zresztą jeden z ministrów. A za plecami Bondaryka stał wyjątkowy protektor, prywatnie przyjaciel od lat - Wojciech Brochwicz, który nieraz sterował karierą kolegi.

To wpływowy mecenas związany z PO i firmami Krauzego, zaangażowany w tzw. aferę Jaruckiej, która doprowadziła do wycofania się Cimoszewicza z wyborów prezydenckich. Z Bondarykiem zna się z początku lat 90., gdy razem służyli w UOP.

Upewniamy się: - Lobbował pan za tą kandydaturą?

Brochwicz: - Absolutnie nie. Nikt mnie o niego nie pytał.

Pewnie nie ma pojęcia, że Piotr Niemczyk, ekspert komisji ds. specsłużb, też wywodzący się z UOP, mówił nam wcześniej coś innego: "Na długo przed tą nominacją zadzwonił do mnie Brochwicz i spytał, co sądzę o Bondaryku. Nie byłem przekonany, więc Brochwicz poradził, byśmy z Bondarykiem porozmawiali. Spotkaliśmy się i zmieniłem zdanie".

Dlaczego Brochwicz nie przyznaje się do swoich wpływów w tym rządzie? Nie wiemy. Może po prostu jest już zmęczony, że tak często z Bondarykiem występują w tym samym duecie?

Z przyjaciółmi raźniej

Gdy poznaliśmy tę historię, stanęły nam włosy na głowie. Zanosiło się na bombę, a może nawet megabombę, jaką próbowała zdetonować poprzednia władza.

Potocznie określano ich jako Banda Czworga. Dziś trudno ustalić, kto tak nazwał tę grupę, raczej nie był to oficjalny kryptonim powstały w ABW. Ale pełna nazwa mogłaby brzmieć - Banda Czworga do Ochrony przed Kontrolą Państwową.

Jest rok 2005. Do władzy dochodzi PiS ze sztandarowym hasłem walki z układem. Ma wszystko: policję jawną i tajną, państwowe urzędy, w parlamencie razem z koalicjantami większość. Ale szybko pojmuje, że to na nic.

W resorcie spraw wewnętrznych Ludwik Dorn słyszy od podwładnych: - Nie ma pewności, czy w przypadku założenia podsłuchów osobom wpływowym w biznesie system będzie szczelny.

To znaczy - nie ma żadnych gwarancji, że osoby, którym założony zostanie podsłuch, natychmiast się o tym nie dowiedzą.

Według naszych rozmówców ze służb, na przełomie 2006 i 2007 roku te obawy zaczynają graniczyć z pewnością. Do ABW trafia wtedy donos od pracownika jednej z firm telekomunikacyjnych. Pisze on, że w czterech spółkach zajmujących się telefonią komórkową za podsłuchy odpowiada grupa dobrych znajomych z czasów UOP. Anonim sugeruje, że owa czwórka wymienia się tymi supertajnymi informacjami, a dodatkowo - pod pretekstem sprawdzania jakości połączenia - sama prowadzi nielegalną rejestrację wybranych rozmów. Czterech znajomych w czterech firmach. Stąd ta nazwa: Banda Czworga.

Dziękuję bardzo

Rozpoczyna się operacja, by ustalić, czy to realne zjawisko i jak państwo może sobie z nim poradzić. Agencja identyfikuje owe cztery postacie. Wszyscy faktycznie wywodzą się ze służb i z takim doświadczeniem są dla właścicieli sieci komórkowych fachowcami najwyższej klasy.

Wśród nich Krzysztof Bondaryk, pracownik Solorzowej Ery.

ABW uzupełnia układankę dzięki doniesieniom z innych służb - te nadają, że kierownikiem grupy miałby być Brochwicz. To on miałby zbierać tajne telefoniczne dane i wykorzystywać inaczej, niż przewiduje prawo.

Nieco wcześniej do ABW i do prokuratury wpływa doniesienie o nielegalnym kopiowaniu tajnych danych w Erze. To dokładnie ta sfera, za którą odpowiada Bondaryk. Kilka miesięcy później, gdy rządzi już nowa władza, a Bondaryk jest szefem ABW, prokuratura umarza sprawę. Autor doniesienia nie chce już mieć nic wspólnego z tą historią: - Rozmawiać o człowieku, który stoi teraz na czele wiadomej instytucji? Dziękuję bardzo.

Dlaczego mnie podsłuchujecie?

Jeden z naszych informatorów opowiada szczegóły tej supertajnej akcji: "Wszystko to uznaliśmy za prawdopodobne. Nasze podejrzenia rosną, gdy zaraz po zleceniu na podsłuch osobie X. ta osoba przysyła nam pismo z pytaniem, dlaczego jest inwigilowana! To już wygląda na jawną kpinę, ale na zebranie materiału procesowego i wnioski do prokuratury nie mamy szans".

Bazujemy na informatorach i próbujemy zebrać dowody. Chcemy założyć podsłuchy, ale okazuje się, że budynki operatorów są tak profesjonalnie zabezpieczone, że nie mamy takiej możliwości technicznej! Rozpaczliwie szukamy pomysłu, jak ich pokonać. Wpadamy na pomysł noweli prawa telekomunikacyjnego i po cichu próbujemy przeforsować to w Sejmie. Ideałem jest rozwiązanie amerykańskie, gdzie służby mogą się podpinać do systemu bez wiedzy operatorów. Nam wystarczy, by wszystkie połączenia były rejestrowane na jednym serwerze, do których dostęp mają też służby. Nowela jednak ostatecznie nie przechodzi.

Antoni Mężydło, który w poprzedniej kadencji pilotował nowele prawa telekomunikacyjnego, precyzuje: "Projekt utknął w uzgodnieniach międzyresortowych, a gdy już dotarł do Sejmu, Sejm się rozwiązał".

Bondaryk nie czeka

Czy to relacje szaleńców, którzy z innymi szaleńcami zabawiali się tajnymi służbami, by tropić nieistniejące spiski? Czy porażający przykład bezsilności zacofanych państwowych struktur wobec biznesowej elity, która stworzyła własny system bezpieczeństwa?

Nie potrafimy odpowiedzieć na to pytanie. Nasi rozmówcy nie chcą występować pod nazwiskiem ze względu na tajemnicę służbową i państwową, ale zapewniają, że wkrótce te rewelacje i tak wypłyną przed sejmową komisją śledczą ds. nacisków na organy państwowe.

"Tylko czekam, aż komisje śledcze zwolnią mnie z tajemnicy państwowej, by opowiedzieć o działalności takich ludzi jak pan Bondaryk" - zapowiadał kilka miesięcy temu były premier Jarosław Kaczyński.

Ale ABW pod rządami Bondaryka na te zwierzenia nie czeka. Sama złożyła doniesienie do prokuratury. Tyle że nie ma tam mowy o żadnej nielegalnej czwórce i jej ewentualnej działalności. Wręcz przeciwnie, chodzi o podejrzenie prowadzenia nielegalnej inwigilacji... Brochwicza w czasie rządów PiS.

"O doniesieniu dowiedziałem się z gazet" - uśmiecha się skromnie Brochwicz.

Jaki świat mały

Czy szefowi ABW, na dodatek z solidarnościowym rodowodem, wypada zarabiać pieniądze w spółce, która mogła korzystać z moskiewskiej pożyczki dla PZPR? I czy to dobry pomysł, by zarabiać te pieniądze w towarzystwie legendarnego skarbnika lewicy Wiesława Huszczy? Mamy wątpliwości.

Gdy Bondaryk trafia do rady nadzorczej Bison-Bialu (produkcja przyrządów i uchwytów), głównym udziałowcem tej fabryki jest już Metalexport. A w jego władzach niesamowita konfiguracja: i mecenas Brochwicz, i Wiesław Huszcza. Ten sam Brochwicz, który z ramienia UOP próbował w Moskwie rozwikłać sprawę rosyjskiej pożyczki dla PZPR i ten sam Huszcza, który - jako skarbnik lewicy - ową pożyczkę konsumował.

Metalexport należał już wtedy do jednego z najbogatszych Polaków Piotra Buchnera. Według raportu z likwidacji majątku po PZPR, moskiewska pożyczka w części trafiła właśnie do jego fundacji (Buchner zaprzeczał).

Piotr Niemczyk: "Zawsze miałem wrażenie, że Bondarykowi wszystko jedno, gdzie pracuje. Byle zarobić pieniądze".

W spółce Medycyna i Farmacja (która - jak ujawni "Newsweek" - wyprowadziła z państwowego Cefarmu majątek ośmiu stołecznych aptek) Bondaryk zetknął się z biznesmenami kojarzonymi z AWS-owską spółdzielnią. Przez firmę przemknął Andrzej Dunajko ze słynnej grupy płk. Lesiaka oskarżanego o inwigilację prawicy.

W zielonogórskim GazStalu (rury dla przemysły naftowego) z Bondarykiem mija się Piotr Czyżewski, minister skarbu w rządzie Millera.

W firmie TICONS (bezpieczeństwo teleinformatyczne) spotykają się sami znajomi: Wojciech Dylewski (UOP, MSWiA) i Wojciech Drożdż (za AWS doradca wicepremiera Tomaszewskiego, a dziś wiceminister u Schetyny). Drogi tej spółki schodzą się nawet z biznesem Ryszarda Krauzego - jego firmy miały pakiet akcji Sterprojektu, największego udziałowca TICONS-a.

I równolegle Bondaryk wciąż pracuje dla Solorza; raz na etacie, raz na umowę-zlecenie.

Zemsta za jubilera

Być może obawy o to, że szef ABW załatwia własne porachunki są przesadzone, ale co zrobić, jeśli racje mają białostoccy prokuratorzy?

Chodzi o odwołanie znanego prokuratora Słowomira Luksa, którego podwładni przed sześcioma laty wszczęli śledztwo w sprawie przemytu złota i podejrzenia skierowali pod adresem starszego brata Bondaryka. Własne trzy grosze wtrąciła też wtedy skarbówka, naliczając ponad milion zaległego podatku.

Gdy brat miał trafić do aresztu, Bondaryk stawał na głowie, by go stamtąd wydobyć. Pod gmachem białostockiego sądu, w aucie, ustalał z obrońcą propozycje dla prokuratury w sprawie poręczenia.

I teraz - kilka tygodni po tym, jak Krzysztof Bondaryk zajął w rządzie wpływową posadę - Luks stracił pracę. "To przez niego mam same kłopoty" - wyrzuca z siebie Marek Bondaryk, z którym rozmawiamy przez płot rodzinnej posesji w Sokółce.

W białostockiej prokuraturze są zaś pewni, że ta dymisja to tylko początek zemsty wpływowego szefa ABW. Do miejscowego wydziału prokuratury krajowej już wkroczyli funkcjonariusze agencji, by skontrolować obieg tajnych dokumentów.

Pytamy o wszystko Bondaryka, a ten mówi nam: "Nie mam z tym nic wspólnego".

Grunt to dobra pamięć

Znajomi są dość krytyczni w ocenie: Bondaryk jest trudny w kontaktach, sarkastyczny, mocno złośliwy. "Nawet moja żona za nim zbytnio nie przepada" - żali się Brochwicz.

My do tego zestawu dodalibyśmy jeszcze jedną cechę: pamiętliwy.

Gdy tylko zajął gabinet w ABW (i wyrzucił po poprzedniku meble), zabrał się za personalia. Jedną z pierwszych decyzji kadrowych przetrącił karierę Rafała Krawczyńskiego, wiceszefa archiwów ABW. Z warszawskiej centrali Bondaryk zesłał go nagle do zamiejscowego wydziału na głęboką prowincję.

Prawie dekadę temu mjr Krawczyński odnalazł w Łodzi lustracyjne papiery Janusza Tomaszewskiego.

To historia z czasów rządów Jerzego Buzka. Lokalne elity walczą o kolejne województwa, eksperci debatują o kasach chorych, a w cieniu czterech reform toczy się ostra walka w wpływy w rządzie. To spór z gatunku "być albo nie być", pod dywanem walczą już nie buldogi, a amstaffy najczystszej krwi. Premier kontra wicepremier, czyli Buzek kontra Tomaszewski.

Za wicepremierem murem

Kłopoty zwiastują już pierwsze przymiarki do tego gabinetu. Prezydent Kwaśniewski śle na ręce Buzka opinię na temat przyszłych ministrów. Przy Tomaszewskim dopisuje wątpliwości natury lustracyjnej.

Buzek nie bierze tego pod uwagę. Pismo jest właściwie nieformalne, prezydent z SLD, no i sam Tomaszewski wszelkim oskarżeniom zaprzecza. Zostaje wicepremierem i szefem MSWiA.

Ale o zarzutach lustracyjnych robi się coraz głośniej. Buzek naciska, ale Tomaszewski nie zamierza składać teki. Zaczyna się wojna o to, kto odejdzie pierwszy. Tomaszewski okopuje się w ministerstwie, liczy, że przeżyje Buzka. Najbliżsi współpracownicy wicepremiera stają za nim murem, wśród nich Bondaryk z Brochwiczem. MSWiA rozpoczyna kontratak.

Dobrzy ludzie

Wybucha skandal wokół ustawy o ochronie informacji niejawnych - projekt ma przyznać główne kompetencje premierowi, ale ktoś po drodze przerabia zapis, by wszystkim oddać w gestię szefa MSW.

Resortowi urzędnicy - opowiadają nam wpływowe postaci z tamtych czasów - zaczynają zbierać informacje kompromitujące premiera. Jedna z firm ochroniarskich dostaje zlecenie na zebranie niekorzystnych papierów na temat jego przeszłości.

W rządzie atmosfera histerii, w końcu Tomaszewski odpowiada za resort siłowy, ma i policję, i GROM.

Wrzód w końcu sam pęka, bo lustracja wicepremiera trafia do sądu. Sąd w pierwszej instancji nie znajduje niezbitych dowodów na współpracę Tomaszewskiego z SB. Rzecznik interesu publicznego nie zgodzi się z tym orzeczeniem, ma świadków: na przykład esbeka, który opiekował się lokalem konspiracyjnym, raz osobiście odwiózł gościa do domu swoim autem, zapamiętał i twarz, i adres.

Ale do sądu drugiej instancji sprawa nigdy nie dotrze. SLD nowelizuje prawo i w rezultacie procesy osób, które nie pełnią już funkcji publicznych, zostają zamknięte.

Gdy Bondaryk brał szefa w obronę, sąd się tą sprawą jeszcze nie zajął. Tomaszewskiemu po prostu zaufał. "Ludzie są z gruntu dobrzy. Poza tym nie można sobie wyrabiać zdania o człowieku tylko na podstawie papierów SB" - wyjaśnia.

Pasjonat archiwista

A jednak to do papierów SB ciągnęło go w tamtych czasach w sposób szczególny.

Usłyszeliśmy to od kilku wpływowych wówczas osób - gdy tworzył się rząd Buzka, Bondaryk mógł zostać wiceszefem UOP. Ale postawił warunek - chciał, by właśnie jemu podlegały archiwa specsłużb.

U niektórych naszych rozmówców budzi to pewne zdziwienie do dzisiaj, bo archiwa, owszem, stanowią niesłychanie ciekawy zasób, ale o ile ciekawsze z perspektywy tajnych służb jest tropienie szpiegów i wszystko inne, co dzieje się w czasie teraźniejszym.

Ale może Bondaryk już przeczuwał, co się święci, wcześniej był przecież ekspertem sejmowej komisji, która tworzyła ustawę lustracyjną. I może właśnie na tym mu zależało - by to przez jego ręce przechodziły lustracyjne akta, o które miał występować rzecznik interesu publicznego.

Nie wiemy. W każdym razie bez nadzoru nad archiwami UOP Bondaryka nie interesuje. Idzie tam, gdzie Brochwicz, do MSWiA, choć pierwsza posada nie jest szczególnie atrakcyjna - zostaje wicedyrektorem departamentu. Potem awansuje, w końcu na fali sprzątania po Tomaszewskim musi odejść.

Ale jego debiut na szczytach rządowych struktur nie zapisał się w historii wyjątkowo udanie.

W MSWiA wrze - Janusz Pałubicki, który wchodzi tam po wicepremierze, zarządza kontrolę w jednostce GROM, elitarną formację nazywa bagnem, każe rozpruwać sejfy. Potem przeprasza, a "Gazeta Wyborcza" próbuje zrekonstruować wydarzenia. Pisze, że Pałubickiego miał wprowadzić w błąd podwładny, a całą prowokację wyreżyserować Bondaryk.

Poza salonem

W białostockim KPN, w którym niegdyś działał, walka z komuną była sprawą priorytetową. Są nawet tacy, którzy dają głowę, że Bondaryk całkiem poważnie mówił o podkładaniu bomb w ZSRR. Nawet jeśli w rzeczywistości nie chodziło o bomby, w opinii wszystkich, także w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, miał opinie radykała. "Słynął z ostrych akcji. Wychodził poza sprawy dotyczące spraw studenckich" - mówi Robert Tyszkiewicz, poseł PO, który na Bondaryka studenta patrzył jako uczeń miejscowego liceum.

Za ów radykalizm słono zapłacił - w stanie wojennym spędził pół roku w areszcie. W trakcie nieprzyjemnego procesu był wśród nielicznych, którzy nie sypali kolegów i być może ta niezłomność zaprocentowała, gdy w 1989 r. tworzono UOP. Stanął na czele białostockiej delegatury.

Nieco różnił się od popularnych kolegów z pierwszego solidarnościowego zaciągu, którzy do dziś brylują na salonach albo nie wychodzą z telewizji. "Typ policjanta. Mnie do służb pchała ciekawość świata, by więcej wiedzieć, a szpiegów przewerbowywać. On wolał ich łapać" - mówi Niemczyk. Wtedy właśnie Bondaryk poznaje Brochwicza, choć początkowo dzielą ich pewne różnice - Bondaryk ma w życiorysie półroczny areszt, a Brochwicz - karierę po drugiej stronie barykady, bo we władzach ZSMP.

Drzwi szeroko otwarte

Tak odmienne życiorysy Bondaryk łatwo godzi nie tylko wśród prywatnych znajomych, ale i w pracy. Dlatego fachowcy z PRL i byli esbecy wracają dziś do gmachu ABW.

Bondaryk: - Polska jest jedna.

Buduje ją teraz Andrzej Barcikowski, aparatczyk PZPR i doradca Cimoszewicza, za rządów SLD szef ABW - na prośbę Bondaryka doradza w szkole oficerów kontrwywiadu.

Buduje Zdzisław Skorża, który nabywał umiejętności w Radomiu w latach 80. jako pracownik kontrwywiadu SB - jest zastępcą Bondaryka.

Buduje były esbek Janusz Fryłow - wrócił do kierownictwa kontrwywiadu.

Jeszcze szerszym frontem esbecy wracają w ramach tzw. konsultacji (w ten sposób mogą dorobić do emerytury, odświeżyć kontakty i zorientować się, czym agencja akurat się zajmuje).

Janusz Zemke, specjalista od specsłużb w szeregach SLD, mówi więc tak: "Bondaryk przywraca w ABW porządek. To prawdziwy fachowiec".

Anonimy w redakcjach

Ale nie zawsze zbierał tak wysokie noty. Był nawet czas, że nie mógł znaleźć pracy. Pomógł wpływowy wówczas poseł - ulokował go na atrakcyjnej posadzie, dzięki czemu Bondaryk mógł rozpocząć nowy etap w karierze.

To Andrzej Anusz z ekipy Tomaszewskiego. Dwa lata po upadku wicepremiera puka do szefa publicznej spółki Tel Energo Piotra Ogińskiego. I prosi: - Bondaryk chce startować w wyborach, ale nie ma pracy.

W jednej ze spółek zależnych Ogiński znajduje wakat. Bondaryk zostaje wiceprezesem.

Ale szanse na karierę przy AWS są zerowe. Staruje więc z nowej siły politycznej - Platformy Obywatelskiej. Maciejowi Płażyńskiemu, który koordynował tworzenie PO na Podlasiu, wydaje się, że Bondaryk zgłosił się już sam. - Tomaszewskiego byśmy nie wzięli, ale Bondaryk nie był tak znany, by się zastanawiać, czy nam zaszkodzi.

Start nie był udany. Nie pomogły spoty ani magia nazwiska: "Nazywam się Bond. Bondaryk". Mimo to u boku Platformy trwa do dziś. Wszedł na kilka lat do Rady Krajowej, z protokołów posiedzeń wynika, że zgłaszał poprawki do partyjnego regulaminu, a więc partyjne życie traktował nawet dość poważnie.

Dziś formalnej funkcji już nie pełni, co pewnie wygodne jest dla obu stron. Dzięki temu w czasie ostatniej kampanii wyborczej bez większego stresu mógł rozprowadzać po redakcjach anonimowe, krytyczne raporty o spółkach dawnego PC i rzekomych nieprawidłowościach w tajnych służbach za czasów PiS.

Cenne osiemdziesiąt metrów

Paweł Graś, poseł PO, do niedawna koordynator ds. służb w rządzie Tuska, jest Bondarykiem zachwycony:
- Bardzo kompetentny. Myśli propaństwowo. Nie uprawia prywaty.
- A historia z mieszkaniem?
- Ja się mieszkaniami nie zajmuję - odpowiada Graś.

My w zasadzie też nie, ale ta kwestia wydaje się jednak niesamowita. Czy człowiek o propaństwowej postawie korzystałby przez lata, i to lata pracy w prywatnym biznesie, ze służbowego mieszkania z ministerialnej puli?

To osiemdziesiąt metrów kwadratowych na ursynowskim blokowisku. Bondaryk zajął je przed dziesięcioma laty. Choć od tego czasu zarobił w biznesie przynajmniej na trzy takie mieszkania, w bloku na Ursynowie mieszka do dziś. W tym czasie nabył na Pojezierzu Augustowskim dom z dojściem do jeziora, kilka działek, w złotówkach odłożył prawie trzysta tysięcy.

Trudne wakacje

To niejedyny bonus od tamtej ekipy. Zatrudniając się u Tomaszewskiego, Bondaryk wstąpił też do Straży Granicznej. Zyskał pensję o 15 procent wyższą i szansę na ekskluzywną emeryturę dla mundurowych.

Dzięki temu do MSWiA trafił jako funkcjonariusz straży, choć straż nie miała z tego żadnego pożytku, bo Bondaryk pracował jako urzędnik w MSWiA. Gdy wyrzucono go z ministerstwa, ze straży nie odszedł. Dwa lata spędził w tzw. rezerwie kadrowej, co oznaczało, że nie musiał nic robić. Zaledwie trzy, cztery razy w roku stawiał się na komendzie. Ofertę pracy, jaką otrzymał po roku, uznał za nieciekawą. Kolejna, złożona znowu po roku, też nie trafiła w zainteresowania. W końcu odszedł, ale tylko dlatego, że zaplanował start w wyborach.

I przez całe dwa lata w tej tzw. dyspozycji inkasował pensję wicekomendanta.

- Nie czuł się pan niezręcznie na takich wakacjach za nasze pieniądze? - spytaliśmy Bondaryka.
- Szukałem pracy, ale nikt mnie nie chciał. Zajmowałem się sobą.
- Joga?
- Nie, ryby. Ale to był trudny okres w moim życiu, bo ja bardzo lubię pracować.