Długo nie mogłem uwierzyć, że nie chodzi o wstawienie do mediów publicznych swoich ludzi, ale po prostu o likwidację TVP. Tak jednak faktycznie jest.
Ujawniony przez prasę projekt PO zakłada, że w miejsce TVP powstaną: jedna spółka akcyjna, nastawiona na misję, druga - na zysk, a ośrodki regionalne odda się we władzę marszałków województw. To zaś oznacza, że bardzo szybko zostaną one połączone w trzecią spółkę i sprywatyzowane, bo tylko pracując razem, jako ogólnopolskie pasmo, będą mieć szansę na przychody z reklamy.
Zamiast jednej TVP będziemy mieli trzy osobne spółki. Kanałowi misyjnemu wkrótce zabraknie pieniędzy. Jeśli zostanie podjęta decyzja, żeby go wspomóc z budżetu państwa, to będzie to
forma pomocy publicznej, którą będzie mogła zablokować Komisja Europejska w Brukseli.
A jeśli ta pomoc nie zostanie udzielona, to zjawi się w końcu ktoś, kto zaproponuje, że obejmie 30 procent akcji. Czyli resztówka po telewizji publicznej przestanie być publiczna. Co do kanału komercyjnego - też nie ma pewności, że sobie poradzi. Spółka telewizyjna tylko z jedną anteną to przeżytek - dzisiaj trzeba mieć kilka, kilkanaście anten.
Znam Donalda Tuska dość dobrze. Przegrana debata z 2005 roku z Lechem Kaczyńskim była dla niego traumatycznym przeżyciem. Bardzo trudna była też wygrana debata z Jarosławem Kaczyńskim z 2007
roku.
Oba te wydarzenia miały decydujący wpływ na wynik wyborczy dzięki olbrzymiej widowni, rzędu 8-10 milionów widzów. Tusk raz w ciągu 50 minut wszystko stracił i raz w takim samym czasie wiele zyskał. Sądzę, że dlatego chce, aby już nigdy żadna pojedyncza debata o niczym w Polsce nie przesądziła. Strategia medialna, kampania PR-owska, owszem. Ale nie jedna debata, która z jego punktu widzenia jest trochę jak rzucanie monetą. Stąd hasło, że trzeba osłabić media publiczne.
Firma, która kupi rozparcelowaną telewizję publiczną, kupi tym samym widzów, a więc również udział w rynku reklamowym. To PO będzie kontrolowała proces przekształcania czy likwidacji Telewizji Polskiej. To, co próbowali zrobić Aleksandra Jakubowska i Lew Rywin, to przy tym amatorszczyzna. Tam chodziło tylko o to, żeby komuś dać szansę na zrobienie interesu. Tutaj nastąpi wyczyszczenie połowy rynku i ktoś będzie mógł tę połowę rynku zająć. Do tego dochodzi jeszcze zbliżający się konkurs na operatora telewizji cyfrowej. Szykuje się polityczno-biznesowy interes na gigantyczną skalę.
To bardziej złożone. Chodzi o język, jakim media opisują rzeczywistość. To on wpływa na wyborców, determinuje ich sposób myślenia, a więc i głosowania. Po aferze Rywina zmienił się
język opisu rzeczywistości i dzięki temu nastąpiło oczyszczenie. Teraz ten nowy język jest w odwrocie, powraca ten sprzed afery. Tej zmiany nie napędzają politycy, ale media.
Generalnie tak, tyle że tam w ogóle nie muszą padać takie słowa, ponieważ pewne podmioty medialne są zdefiniowane same z siebie.
Nie chcę podawać przykładów z naszego podwórka. Powiedzmy o brytyjskim "Guardianie". Wiadomo, że jest lewicowo-liberalny i nie trzeba go namawiać, żeby o polityce pisał w
taki właśnie sposób. Tak to działa. Jeśli pewna polska medialna spółka akcyjna dostanie telewizję, to będzie po prostu robić to samo, co do tej pory. To wystarczy. I nikt z nikim nie
będzie musiał się specjalnie umawiać.
Gwoli ścisłości, jestem prezesem z konkursu, choć nie będę oczywiście udawał, że nie mam żadnej politycznej konotacji. Ale przecież nie chodzi o moje poglądy, lecz o to, co widać na
ekranie.
Żeby udowodnić tezę o skrajnym upolitycznieniu i serwilizmie politycznym TVP, trzeba by tu odkryć sieć nominatów PiS-u. Szefowa Agencji Informacji Aleksandra Zawłocka, dyrektor TVP 1 Dorota
Macieja czy Krzysztof Rak, szef "Wiadomości", grupa kilkunastu osób, która przeszła z "Wprost" - to nie są ludzie PiS-u. Podobnie jak nigdy człowiekiem PiS-u
nie był Bronisław Wildstein, a już na pewno nie są nimi Tomasz Lis, Hanna Lis czy Piotr Kraśko. Ja żadnemu z nich nic nie podpowiadam. Nie z tego piętra steruje się polityką. Polityką
steruje się stamtąd, gdzie zapada decyzja o powstaniu filmu "Dramat w trzech aktach".
Oczywiście, że nie. Wszędzie, gdzie istnieją media publiczne, jest skłonność do wywierania jakiegoś typu nacisku politycznego. Pytanie, w jakim stopniu to medium się naciskowi
podporządkuje.
Groźba nacisków będzie istniała zawsze. Kiedy pierwszy raz pojechałem do Agencji Informacji na plac Powstańców, powiedziałem, że obiecuję i domagam się jednego: że polityka w tej firmie
będzie się zawsze zaczynać i kończyć na mnie. Jeżeli złapię kogoś na tym, że sam odbiera zlecenia od polityków - rozstaniemy się.
To specyficzna sytuacja. Jeśli pana żona pracowałaby na przykład przy premierze, to czy pana powinien obowiązywać prewencyjny zakaz pisania? A jeśli pan pyta, czy mam dowody, że pani Kotecka
przyjmowała swego rodzaju polityczne zlecenia, to ja takich dowodów nie mam.
To szczyt hipokryzji. Misyjność jest definiowana przez dyrektywę Komisji Europejskiej. Ta dyrektywa mówi, że misją jest dostarczanie wszystkim wszystkiego: zabawy, rozrywki, kultury wysokiej i
popularnej. To jest wielki dorobek europejskich telewizji publicznych, które dzięki temu nie zamieniły się w kanał "kultura". Telewizje komercyjne - na przykład TVN -
ustawiają program tak, żeby mieć jak najwięcej widzów z grupy docelowej dla reklamodawców. To majętni ludzie w wieku 16-49 lat, z dużych ośrodków miejskich, łącznie jakieś 15 proc.
społeczeństwa. Ja muszę go ustawiać tak, żeby każdy obywatel znalazł coś dla siebie.
Z dwóch powodów. Pierwszy - bo taka jest norma europejska. Media publiczne są finansowane z abonamentu, ponieważ mają ograniczony dostęp do reklamy. Drugi - w Europie wypracowano zasadę, że
telewizja publiczna to telewizja obywateli, bo oni ją finansują. W Niemczech trybunał konstytucyjny zakwestionował zwolnienie emerytów z abonamentu, stwierdzając, że w ten sposób zostają
ograniczone ich prawa obywatelskie. Nakazał rządowi refundowanie emerytom tych pieniędzy, tak aby nadal mogli abonament opłacać i dzięki temu być właścicielami cząstki telewizji
publicznej.
Fundusz misji to najgroźniejszy pomysł. Kto będzie wtedy rozdzielał pieniądze? Nie rynek, nie twórcy, tylko urzędnik. A ten urzędnik będzie przyznawał fundusze nie telewizji albo twórcom,
ale producentom, być może tym szczególnie zaprzyjaźnionym. To próba upaństwowienia polskiej kultury po raz drugi.
Zgoda. Dlatego trzeba szukać innych rozwiązań. Na przykład refundować abonament albo odpisywać go od podatku.
Daję słowo, że propozycja była nie moja, ale jednego z dwóch prezesów, którzy podpisali ze mną list w tej sprawie. Nie trzeba było ich do tego namawiać. Oni wyszli z prostego założenia:
albo rynek do 2012 roku się ustabilizuje, czyli ci, co dziś są na nim mocni, zainwestują pieniądze w cyfryzację, albo rynek zostanie zdestabilizowany, bo największy gracz, czyli TVP, się
rozpłynie. I w to miejsce pojawi się ktoś inny. Prezes Walter użył sformułowania: "Berlusconi lub Gazprom". I Polsat, i ITI mają interes w tym, żeby rynek był stabilny i
żeby TVP była w stanie współfinansować proces cyfryzacji telewizji w Polsce.
W Europie to reguła, choć są takie kraje jak Węgry, gdzie telewizja publiczna jest bardzo słaba. Podobnie jest też na Ukrainie, gdzie w wyniku innego rodzaju procesów - tam w grze brali
udział oligarchowie - telewizja publiczna ma mniej niż 2 procent rynku. Ale wiem, że na Ukrainie szykowana będzie ustawa, która pozwoli odbudować pozycję publicznych mediów. Nie ma na naszym
kontynencie innego kraju bez silnych mediów publicznych, ponieważ w Europie przyjęto zasadę, że te media są fundamentem debaty publicznej.