Ze strony obu kandydatów trwają intensywne zabiegi o przekonanie elektoratów polityków, którzy odpadli w I turze. Największe znaczenie mają wyborcy, którzy w liczbie 2,7 mln zgromadzili się wokół Szymona Hołowni. Jak słyszymy od polityków KO, trwają rozmowy na temat udzielania przez niego poparcia Rafałowi Trzaskowskiemu. Wyborcom Hołowni trzeba pokazać, że nasze programy są do siebie podobne, a Trzaskowski jest politykiem o sznycie samorządowym, a nie czysto partyjnym - mówi Katarzyna Lubnauer, wiceprzewodnicząca klubu KO.

Reklama

Zaplecze Trzaskowskiego liczy, że jest w stanie przejąć 70–90 proc. wyborców Hołowni. Pozostali, bardziej konserwatywni, gdy ten zaczął ostrzej atakować Kościół i jego zaangażowanie w bieżącą politykę, mogli przerzucić poparcie na Andrzeja Dudę lub nie pójdą głosować. Rozmówcy z KO sugerują, że są trzy wspólne mianowniki programowe między Trzaskowskim a Hołownią, którymi można grać w kampanii. Po pierwsze, obrona samorządów przed zakusami władzy centralnej do ograniczania ich kompetencji. Po drugie, sprawa rozdziału państwa od Kościoła. Po trzecie, ochrona przyrody i walka ze zmianami klimatu.

W I turze na Dudę zagłosowało 8,5 mln wyborców, a na Trzaskowskiego 5,9 mln. – Duda ma większe szanse na zwycięstwo w II turze, bo ma mniej nowych wyborców do dokooptowania. Elektoraty nie będą przechodzić automatycznie, to indywidualne decyzje – przekonuje senator PiS Jan Maria Jackowski. Jego zdaniem problemem Trzaskowskiego jest to, że nie może się w pełni zdecydować na żadną linię programową, by nie zrazić różnych elektoratów, o które musi równolegle zabiegać. Jest zakładnikiem tego, co mówił w przeszłości, i tego, co chciałby zrobić teraz. Budowanie się na anty-PiS to za mało. Wyborcy Hołowni chcą przyzwoitej polityki bez chamstwa i hejtowania - dodaje Jackowski.

Dla sztabów obu kandydatów istotny jest też liczący 1,3 mln osób elektorat Krzysztofa Bosaka, który nikomu nie przekaże poparcia. Z naszych rozmów wynika, że KO chce kusić jego wyborców postulatami wolnorynkowymi, takimi jak podwyższenie kwoty wolnej od podatku, brak zgody Trzaskowskiego na podwyższanie istniejących danin czy deklaracja konsultowania pomysłów legislacyjnych dotyczących rynku pracy z przedsiębiorcami. Politycy KO szacują, że są w stanie przeciągnąć na stronę Trzaskowskiego 30–40 proc. wyborców Bosaka. – Jedna trzecia wyborców Konfederacji zagłosuje na Dudę, jedna trzecia na Trzaskowskiego, a jedna trzecia zostanie w domu - mówi poseł KO. O elektoraty Władysława Kosiniaka-Kamysza i Roberta Biedronia nikt specjalnie zabiegać nie zamierza, bo - sądząc po wynikach I tury – tu przepływ wyborców już nastąpił.

Trzaskowski nie powinien sobie nawet fotki zrobić z Biedroniem. On już ma jego elektorat, a pokazywanie się z przegranym kandydatem Lewicy tylko podbije narrację PiS o lewoskręcie Rafała. Już lepiej, gdyby Aleksander Kwaśniewski udzielił mu poparcia - ocenia jeden z polityków KO. Głosy oddane na kandydatów, którzy nie weszli do I tury, stanowiły 26 proc. wszystkich. Jak wynika z historii wyborów po 1989 r., to jeden z najmniejszych tortów do podziału przez tych, którzy przeszli do II tury. Większa polaryzacja była tylko w 2010 r., kiedy głosy oddane na kandydatów innych niż Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński stanowiły 22 proc.

Nieco podobna sytuacja była w 2005 r. Wówczas na kandydatów innych niż Donald Tusk i Lech Kaczyński oddano 27,6 proc. głosów. Wówczas kluczem do wygranej okazali się wyborcy Andrzeja Leppera, który dostał 15 proc. Awanse Kaczyńskiego pod jego adresem spowodowały, że zwycięzcą wyborów okazał się kandydat, który w I turze zajął drugie miejsce. Lepper wyraźnie nawoływał do głosowania na Kaczyńskiego, ale i bez tego hasło Polski solidarnej przeciwko Polsce liberalnej dałoby mu zapewne 80 proc. wyborców Leppera - podkreśla politolog Antoni Dudek.

Pięć lat temu ważną rolę odegrał z kolei Paweł Kukiz, który dostał 20 proc., i to jego elektorat przechylił szalę na korzyść Dudy. To byli młodzi zbuntowani, którzy poparli Dudę przeciwko Komorowskiemu - podkreśla Dudek. Jeszcze w jednym przypadku widać było zabiegi o elektorat trzeciego w stawce. W 2010 r. Grzegorz Napieralski z SLD dostał 13 proc. O jego wyborców walczyli kandydaci PO i PiS. W pozostałych wyborach prezydenckich nie było kandydatów, którzy odpadli z dobrym wynikiem. Dlatego w 1995 r. o zwycięstwie przesądziło co innego. Lech Wałęsa zachował się tak arogancko, że zraził do siebie kilkaset tysięcy wyborców. Gdyby nie debata, to on byłby prezydentem - mówi Dudek.