Szczegóły planu uzgadniane są obecnie w rozmowach pomiędzy PiS, Porozumieniem Jarosława Gowina i Solidarną Polską Zbigniewa Ziobry. Jak dowiedzieliśmy się, po raz pierwszy Prawo i Sprawiedliwość przedstawiło koalicjantom propozycje agendy programowej na tę kadencję na początku sierpnia. Była to lista 10 tematów, ale bez ustaw, czyli bez konkretów. Pierwszym jest przedstawiony w tym tygodniu przez Jarosława Kaczyńskiego projekt ustawy o ochronie zwierząt – przyznaje jeden z polityków Zjednoczonej Prawicy. O niektórych propozycjach pisały już także inne media (m.in. "Rzeczpospolita” i Onet). Nam udało się ustalić większość obszarów, którymi PiS chce się zająć w tej kadencji.

Reklama

To przede wszystkim: reforma służby zdrowia, zakładająca "upaństwowienie" szpitali (czyli odebranie ich powiatom), dalsze zmiany w sądownictwie, które mają na celu głównie przyśpieszenie postępowań, zmiany w mediach, a więc dekoncentracja rynku lub działania o podobnych skutkach, korekty prawa wyborczego (o których pisaliśmy wczoraj), zmiany w ustawie o partiach politycznych polegające na modyfi kacji zasad przydzielania subwencji, racjonalizacja działania i zatrudnienia w administracji, zmiany w ustawie o służbie zagranicznej ułatwiające roszady kadrowe w dyplomacji, wspomniana ochrona zwierząt, czyli uchwalenie ustawy (najlepiej w ponadpolitycznej zgodzie), która m.in. wprowadzi zakaz hodowli zwierząt na futra.

Choć koalicjanci walczą o to, by lista została uzupełniona o kolejne ważne dla nich sprawy, w PiS słyszymy zapewnienia, że rozmowy programowe są niemalże na finiszu. – Praktycznie wszystko jest już ustalone, do dogadania są jeszcze szczegóły. Całość planu powinniśmy zaprezentować równolegle z rekonstrukcją rządu, czyli na przełomie września i października - zapowiada osoba z rządu.

Jesienna ofensywa PiS konkretyzuje się

Politycy obozu rządzącego przekonują, że nowa wokanda programowa jest bardzo ambitna. I rzeczywiście 10-punktowy plan momentami zakłada nie tyle korekty, co głęboką przebudowę poszczególnych obszarów.

Szpitalne rewolucje

Jedną z największych zmian ma być „upaństwowienie” szpitali, a więc odebranie ok. 250 placówek powiatom i kilkudziesięciu marszałkom. Nowym organem założycielskim mieliby być wojewodowie. Choć według innego wariantu, o którym słyszeliśmy, mógłby to być minister zdrowia. Jak tłumaczy polityk PiS, to pomysł na racjonalizację ochrony zdrowia i przekreślenie opcji prywatyzacji placówek. Dziś często, zwłaszcza w dużych miastach, obok siebie funkcjonuje wiele konkurujących ze sobą szpitali. – Samorządy nie są przygotowane do zajmowania się służbą zdrowia i sobie z tym nie radzą. Te, które nie odpowiadają za szpitale, są z tego powodu zadowolone – mówi polityk obozu rządowego. Istotne będą jednak szczegóły tego rozwiązania, np. uregulowanie kwestii zadłużenia, tzn. czy administracja centralna, przejmując szpitale, weźmie na siebie także ich długi.

Z jednej strony dla samorządów to pewnie kusząca wizja, żeby pozbyć się zadłużonych placówek. Z zeszłorocznego raportu SGH i Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych (opracowanego na podstawie danych ze 120 jednostek) wynikało, że ich zadłużenie wzrosło o ponad 40 proc. – z 1,2 mld zł w 2015 r. do 1,7 mld zł w 2019 r. Do tego gwałtownie przybywa takich, które notują straty. Z drugiej jednak strony pojawiają się obawy, czy tego typu reforma nie wywoła poważniejszych konsekwencji. – Jeśli od powiatów metodą salami będziemy odkrajali kolejne rzeczy, to z tego salami wkrótce nic nie zostanie. A to doprowadzi do dyskusji, czy powiaty są w ogóle potrzebne – mówi Grzegorz Kubalski ze Związku Powiatów Polskich.

Rodzi się też wątpliwość, czy zmiana podmiotu założycielskiego to najlepsze remedium na obecne kłopoty. Problem najczęściej nie tkwi bowiem w podmiotach, które prowadzą szpitale, tylko w tym, ile jest pieniędzy na ich prowadzenie i jak są one dzielone. – Ponadto rząd może nie być skłonny do zamykania placówek w tzw. Polsce powiatowej, która stanowi dla PiS bazę wyborczą – twierdzi jeden z naszych rozmówców z samorządu.

Sąd nad sprawiedliwością

Kolejny punkt to zmiany w sądach. Ale jak słyszymy od naszych rozmówców, chodzi o pragmatyczne korekty w systemie, które mają przyspieszyć postępowania i nie będą kontrowersyjne. – Nie chodzi o tworzenie kolejnego frontu z Brukselą, to ma być faktyczna racjonalizacja – mówi nam polityk PiS. Jak do tej pory główne cele, jakie miały przyświecać zmianom w sądach – czyli przyspieszenie działań wymiaru sprawiedliwości – nie zostały zrealizowane. Jeden z posłów partii rządzącej mówi, że od dawna jest mowa o zmianie ustawy o biegłych, uproszczeniu procedury cywilnej i karnej oraz wyprowadzeniu części spraw z sądów, co miałoby je odciążyć. W tym samym kierunku zmierzała prezydencka obietnica z kampanii, czyli ustanowienie sędziów pokoju. Jeśli wierzyć diagnozom niektórych polityków PiS, część zmian może jednak uderzyć w sędziów. – Oni dużo zarabiają, a mało robią. Lepiej już, by było odwrotnie – kwituje polityk.

Dekomunizacja dyplomacji

Następny element planu dotyczy zmian w administracji. Tu w pierwszym rzędzie na tapecie są regulacje COVID-owe, umożliwiające redukcje kadr urzędniczych. Za ten proces odpowiada szef KPRM Michał Dworczyk. W ostatnim czasie rząd zbierał dane z podległych mu urzędów na temat stanu etatowego i możliwości cięć. Jak słyszymy, redukcje covidowe mają być co do zasady niewielkie, a stanowić jedynie wstęp do głębszej reformy.

Oddzielnym punktem są propozycje dotyczące dyplomacji. Chodzi o zmiany w ustawie o służbie zagranicznej, których efektem ma być dalsza wymiana kadr. Jeden z naszych rozmówców określił to jako ich „dalszą dekomunizację”.

Reklama

Propozycja zmian dotyczy także ustawy o partiach politycznych, a konkretnie wprowadzenia możliwości podziału subwencji między partie tworzące koalicję. Chodzi o takie przypadki jak PiS czy Lewica, gdy różne ugrupowania startują z list jednej partii i później cała subwencja trafia do niej. Dziś to, czy SLD czy PiS podzielą się subwencją z koalicjantami, zależy od ich dobrej woli. Po zmianach koalicjanci także mogliby liczyć na swoją pulę publicznych pieniędzy.

Część elementów 10-punktowego planu jest już znana lub opisana. Tak jest w przypadku zapowiedzianych zmian na rynku medialnym (dekoncentracja lub inne regulacje, których skutek będzie podobny), reformy prawa wyborczego (nowy kodeks wyborczy, być może też zmiana ordynacji w wyborach do Sejmu – o czym napisaliśmy wczoraj) czy wprowadzona już na legislacyjną agendę przez Jarosława Kaczyńskiego i młodzieżówkę PiS kwestia zwiększenia ochrony zwierząt (w tym futerkowych, co już wzbudziło napięcia z branżą wspieraną przez Tadeusza Rydzyka).

Premier ma zawsze rację

Osobną, choć ważną sprawą jest też to, co w planach ofensywy programowej raczej się nie znajdzie. Nasi rozmówcy twierdzą, że to np. kwestie dotyczące gospodarki czy samorządów. W tym pierwszym przypadku uznano, że to i tak domena premiera Morawieckiego i prowadzenia doraźnych działań w realiach pandemii. – Dotychczasowe doświadczenia, a także ostatnie dane, choćby Eurostatu, pozwalają sądzić, że dobrze sobie radzimy na tle innych krajów. Zresztą i tak nikt nie zaproponuje tu nic lepszego niż premier – przekonuje osoba z rządu. Z kolei w kwestii samorządów, choć PiS ma pewne pomysły, jak podział administracyjny woj. mazowieckiego czy pojawiające się opinie o konieczności likwidacji powiatów – to jednak na dziś nic nie wskazuje na to, by obóz rządzący miał na szeroko otworzyć ten front.

Dziesięciopunktowy blok programowy to propozycje PiS. Osobno swoje zgłaszają koalicjanci. Solidarna Polska podnosi kwestie światopoglądowe, zależy jej na podsycaniu sporu wokół LGBT. – Kwestii LGBT i konwencji stambulskiej nie było w wyjściowych propozycjach PiS, dlatego my wskazaliśmy, że to musi być w agendzie. Ważna jest też sprawa edukacji seksualnej w szkołach i tego, że jednym z miejsc, gdzie mamy problem z prezentacją naszych wartości, jest szkolnictwo wyższe – mówi nam polityk Solidarnej Polski. Ziobryści mówią m.in. o wprowadzeniu zakazu propagowania LGBT w szkołach.

Z kolei Porozumienie zamierza naciskać PiS w kwestiach dotyczących uproszczenia i obniżenia podatków oraz promować rozwiązania wspierające odnawialne źródła energii.

A wszystko kończy się na stanowiskach

W tle rozmów programowych toczą się negocjacje w sprawie kształtu rządu. Na razie koncentrują się na tym, jak rozwiązać spory z koalicjantami, którzy są przeciwni zmniejszaniu ich wpływów. Walczą już nie o same resorty, a o jak najwięcej działów rządowych, z których składają się ministerstwa. Tu personalne pole manewru jest wąskie. Wszystko wskazuje, że szefami resortów w nowym rozdaniu będą Zbigniew Ziobro oraz Jarosław Gowin. Możliwe też, że oba ugrupowania otrzymają po jednym ministrze bez teki.

Jeśli chodzi o pulę resortów, które mają objąć ministrowie PiS, to na razie ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego trzyma karty przy orderach. Z nieoficjalnych informacji wynika, że oprócz resortów, które mogą być likwidowane (infrastruktury, gospodarki morskiej czy sportu), zmiana może czekać resort edukacji – być może zostanie połączony z resortem nauki, a ze stanowiskiem pożegna się Dariusz Piontkowski. Mimo możliwego powiększenia resortu rolnictwa o część środowiska, także jego dotychczasowy szef Jan Krzysztof Ardanowski może zostać „zrekonstruowany”.

Rozmowy dotyczą także umowy koalicyjnej, która ma konsumować np. uzgodnienia w sprawie rządu, ale także zawierać zapisy o kształcie koalicyjnych list wyborczych w kolejnych wyborach. – Tu też nie ma konsensusu, ale jest deklaracja gotowości do takich zapisów, co jest dobrym znakiem – podkreśla jeden z naszych rozmówców.