Grzegorz Osiecki, Tomasz Żółciak: Nie boi się pan, że na skutek konfliktu w opozycji, będącego efektem wyłamania się Lewicy z antyrządowej koalicji i późniejszego głosowania w Sejmie nad funduszami unijnymi, przestanie pan być wspólnym kandydatem szerokiego frontu na prezydenta Rzeszowa?
Reklama
Konrad Fijołek: Nie, nie boję. Myślę, że sprawy samorządu w Rzeszowie nie mają bezpośredniego związku z taktyką parlamentarną. Wręcz przeciwnie. Tu atmosfera wspólnoty, jedności, porozumienia jest tak silna, że nawet działania liderów inne niż do tej pory nie miałyby większego znaczenia. Ludzie są naprawdę nastawieni pozytywnie wobec całej naszej drużyny. Widać ten entuzjazm, że jest zjednoczona opozycja, że nie trzeba się oglądać jeden na drugiego, że przeciwnik jest jeden. Jest nadzieja, że uda się pokonać obóz rządzący.
Ale nadal wyobraża pan sobie, że na konferencji za pana plecami staną ramię w ramię Władysław Kosiniak-Kamysz, Borys Budka i Włodzimierz Czarzasty?
Już raz stanęli i stało się to katalizatorem tego entuzjazmu. Dla rzeszowian to wystarczy. A czy jeszcze przyjadą – wydaje się drugorzędne. Nadal jestem kandydatem i nie ma to nic wspólnego z taktyką parlamentarną, która się zawiązała w związku z Krajowym Planem Odbudowy.
Pana kontrkandydat, Marcin Warchoł, stał się bezpartyjny, wbrew swojemu środowisku politycznemu zagłosował za ratyfikacją zasobów własnych, co otwiera drogę do korzystania z KPO. Gdyby pan mógł zagłosować, byłby pan za?
Pan Marcin tak zagłosował, bo tak mu pasowało, wiarygodność tego ruchu jest żadna. Ja nie wiem, co decydowało w parlamencie, na pewno każdy samorządowiec jest za KPO, ja również. Ale my samorządowcy chcielibyśmy wiedzieć, co tak naprawdę w nim jest. Bo to na razie taki kot w worku.
Ostatnie sondaże pokazywały, że pan zdecydowanie prowadzi z dużą przewagą i nad panią Ewą Leniart, i nad panem Warchołem. Zwycięstwo jest w kieszeni?
Oczywiście nie jestem pewny. Wyniki sondaży są odzwierciedleniem tego entuzjazmu, który obserwuję na rzeszowskich ulicach. Ale właśnie ten entuzjazm spowodował, że wyborów nie ma. W decyzji o przełożeniu wyborów nikt się nie powoływał na zachorowania, jest jedynie jakieś ogólne stwierdzenie na temat bezpieczeństwa zdrowotnego.