Dziennik.pl logo

Był w Białym Domu podczas zamachów 11 września 2001 roku. Dziś ostrzega Trumpa

57 minut temu
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Był w Białym Domu podczas zamachów 11 września 2001 roku. Dziś ostrzega Trumpa
Był w Białym Domu podczas zamachów 11 września 2001 roku. Dziś ostrzega Trumpa/PAP/EPA
Zamachy 11 września pokazały, że nigdy nie wiadomo, kiedy Ameryka będzie potrzebować przyjaciół, a obecna administracja trwoni ten kapitał - powiedział PAP były dyplomata Daniel Fried. Były ambasador w czasie zamachów był w Białym Domu i opisał profesjonalną reakcję zespołu ówczesnego prezydenta George'a W. Busha.

Podobnie jak wielu Amerykanów, były ambasador USA w Polsce Daniel Fried dokładnie pamięta, gdzie był i co robił w momencie kiedy samoloty porwane przez zamachowców al-Kaidy uderzyły w wieże World Trade Center 11 września 2001 r. Jako ówczesny dyrektor Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) ds. Europy brał udział w rutynowym spotkaniu NSC przewodzonym przez doradczynię prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Condoleezzę Rice.

Jak wspomina, uderzenie pierwszego samolotu nie wywołało nadmiernego poruszenia, on sam uznał to za wypadek. Dopiero po uderzeniu w drugą z wież WTC wszyscy zrozumieli co się stało: Ameryka została zaatakowana przez terrorystów. Mała grupa pracowników NSC udała się do Situation Room, część - w tym Fried - została ewakuowana z Białego Domu wiceprezydent Dick Cheney został niemal "wyniesiony" przez Secret Service do bunkru.

Kilka godzin później wezwano go z powrotem do sztabu. Pracami kierował zastępca Rice Stephen Hadley, próbując ustalić przebieg wydarzeń, ocenić ryzyko kolejnych ataków i utrzymać kontakt z sojusznikami oraz NATO. W pewnym momencie Hadley przerwał pracę i oznajmił, że Situation Room jest celem podatnym na atak i zaproponował, że kto chce, może wyjść.

Był w Białym Domu podczas zamachów 11 września 2001 roku. Dziś ostrzega Trumpa

Nikt nie opuścił stanowiska. Nie było absolutnie żadnej paniki. Wszyscy byli skupieni. To był spokój i intensywna koncentracja — powiedział PAP Fried. Ludzie pod presją zachowali się właściwie. Dokładnie tak, jak człowiek by sobie tego życzył - opowiada.

Fried wspomina, że wzorowa była też wówczas odpowiedź sojuszników z NATO, którzy następnego dnia zaproponowali uruchomić - po raz pierwszy i dotąd jedyny w historii - artykuł 5. Paktu Północnoatlantyckiego o wzajemnej obronie. Choć pewne wątpliwości miała Francja, jeden telefon z krótką prośbą Rice do Paryża rozwiązał problem.

To pokazało, że nigdy nie wiadomo, kiedy będzie się potrzebowało przyjaciół. To jest wielki kapitał, który trzeba pielęgnować. My wtedy, jak i dziś, potrzebowaliśmy sojuszników. Co by było dzisiaj? Można by snuć różne scenariusze - mówi.

Fried przypomina, że sojusznicy dotrzymali obietnic - także ci, których obecny prezydent USA regularnie atakuje, jak Dania i Kanada.

Ekspert Atlantic Council przyznaje, że mimo tej pierwszej wzorowej reakcji, administracja Busha popełniła błędy w Afganistanie, a potem jeszcze większy błąd w Iraku - czego nawet ci, którzy dołączyli do inwazji byli świadomi. Fried przytoczył słowa Radosława Sikorskiego, który miał mu powiedzieć, że Polska nie kupiła amerykańskiego uzasadnienia tej wojny, ale kupiła sojusz ze Stanami Zjednoczonymi i dlatego stanęła u boku sojusznika.

Zapytany, jak zamachy zmieniły Amerykę, Fried wskazuje dwa trwałe skutki. Pierwszy to sytuacja muzułmanów, którzy stali się celem dla części amerykańskiej prawicy i środowisk nacjonalistycznych. Drugi to "długi, ciemny cień" wojen w Iraku i Afganistanie.

Zrodziły w społeczeństwie, a zwłaszcza wśród weteranów rodzaj frustracji i gniewu, który słychać, gdy mówią o tym Pete Hegseth i J.D. Vance. Słyszę frustrację weteranów nieudanej wojny, którzy są źli o to, jak się to skończyło i o co walczyli - powiedział. Jego zdaniem ta gorycz jest jednym z paliw amerykańskiego neoizolacjonizmu.

Za sukces z kolei uznaje rozbicie Al-Kaidy i brak porównywalnego zamachu przez ćwierć wieku. Przyznaje też, że nawet jeśli administracja Trumpa nie wyciągnęła w wielu przypadkach odpowiednich wniosków z lekcji 11 września, to jednak nauczyła się przynajmniej na części popełnionych błędów. Jego zdaniem właśnie ze względu na wojny w Afganistanie i Iraku Trump nie zdecydował się na operację lądową w Iranie. - To jest wojna do której ruszyliśmy bez jasnych celów i wbrew sojusznikom, ale to wojna powietrzno-morska. To nie jest wojna lądowa. Myślę, że Trump zna tę różnicę - ocenił.

Mimo to, wojnę z Iranem Fried uznaje za powtórzenie błędu popełnionego po 2001 r.: stawiania celu, którego nie da się osiągnąć dostępnymi środkami i sięgania najpierw po środki wojskowe. Zwraca uwagę, że nawet w przypadku inwazji na Irak, Waszyngton przedstawiał sojusznikom uzasadnienie ataku i uzyskał częściowe poparcie. W przypadku wojny z Iranem takich starań niemal w ogóle nie podjęto, a w efekcie nawet najbliżsi partnerzy nie włączyli się w operacje, a część ograniczyła dostęp do swojej przestrzeni powietrznej.

Jak dodaje, administracja Busha, przy wszystkich popełnionych błędach, reagowała na realny stan wyjątkowy — i tym różni się od obecnej. Największy zarzut wobec Trumpa dotyczy sojuszy.

To jest atut, któremu administracja Trumpa pozwoliła wyciec, albo osuszyła ten rezerwuar dobrej woli bez żadnego powodu - powiedział PAP. Nie wiadomo, kiedy będzie się potrzebowało przyjaciół. Traktujemy teraz Kanadyjczyków jak śmieci, z powodów politycznych i wizerunkowych Trumpa. Ale coś może się wydarzyć i Kanadyjczycy mogą być potrzebni - dodał.

Jako inny przykład nieodrobienia lekcji z 2001 r. zarzuca administracji polityzację służb i polityki bezpieczeństwa. Koronnym dowodem ma być ogłoszona przez Biały Dom strategia antyterrorystyczna która skupia się na lewicowym terroryzmie i "narkoterroryzmie", umniejszając lub w ogóle pomijając inne zagrożenia, jak prawicowy terroryzm.

Jak przypomina, również metody walki z "narkoterroryzmem" - zabijanie podejrzanych przemytników - sprawiły, że sojusznicy tacy jak Wielka Brytania, Kanada i Holandia ograniczyły dzielenie się z USA danymi wywiadowczymi z powodu wykorzystywania narzędzi antyterrorystycznych przeciwko gangom narkotykowym.

Dorobek tych ostatnich 25 lat nie jest moim zdaniem jednoznaczny. Owszem, rozbiliśmy al-Kaidę, drugiego ataku takiego jak wtedy już więcej nie było, więc to na pewno jest sukces. Ale też zapłaciliśmy za to wysoką cenę i wciąż nie przyswoiliśmy sobie wszystkich lekcji - podsumował.

11 września 2001 r. 19 członków Al-Kaidy porwało cztery samoloty pasażerskie. Dwa uderzyły w wieże World Trade Center w Nowym Jorku, trzeci w Pentagon pod Waszyngtonem, a czwarty rozbił się w Pensylwanii po próbie odzyskania kontroli nad maszyną przez pasażerów. W najbardziej śmiercionośnym zamachu terrorystycznym w historii USA zginęło 2996 osób, a tysiące zostały ranne.

Po zamachach NATO po raz pierwszy uruchomiło art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło PAP
Lena Ratajczyk
oprac. Lena Ratajczyk

Redaktorka specjalizująca się w tematyce lifestylowej. Prywatnie miłośniczka sportu, dobrej kuchni i astrologii.

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraBył w Białym Domu podczas zamachów 11 września 2001 roku. Dziś ostrzega Trumpa »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj