Przeżył chyba tylko cudem. Wicher pognał jego małą łódkę 2 tysiące kilometrów od portu. Przez miesiące samotnej żeglugi żywił się rybami i wodą deszczową. Teraz rybak obiecuje, że na morze już nie wróci. Nic dziwnego, bo prześladuje go niezwykły pech. W czasie uderzenia tajfunu w 1998 roku też był na morzu i też ledwo się uratował. "Dwa razy wystarczą. Z morzem nie ma co igrać" - wyjaśnia Nguyen Van Huong.

Po powrocie wioska zgotowała mu ucztę. Jak pisze lokalna prasa, jego przyjaciele chcieli poświęcić całą krowę i złożyć ją bogom za szczęśliwy powrót rozbitka, ale "z przyczyn ekonomicznych" zdecydowali się na kurczaki.