Niektóre z nich porywane są ze szkół, inne prosto z łóżek, jeszcze inne trafiają do dziecięcych armii po tym jak żołnierze zmuszą ich do zabicia własnych rodziców. Tylko niewielka część to dzieciaki, które idą tam z własnej woli. Bo liczą na świetlaną przyszłość.

Gdy już trafią do armii, oficerowie piorą im mózgi, uzależniają od narkotyków, wykorzystują seksualnie i dopiero wtedy wysyłają na pole walki z jednym rozkazem - zabijać. Tacy żołnierze są bezwzględni i bez słowa wykonują rozkazy swoich panów.

Opowieści takich dzieci są wstrząsające. Dowódcy trenują je, każąc zabijać bliskich i zakazując im płaczu. Angeli, 12-letniej dziewczynce, która walczyła na Sri Lance, kazano zastrzelić swoją przyjaciółkę. "Nie trafiłam pierwszy raz, więc kazali mi strzelić jeszcze raz. Gdy już ją zabiłam, musiałam ją zakopać" - opowiadała Angela organizacji Human Rights Watch.

Z kolei 11-letni chłopak - który walczył w Birmie - zanim trafił do armii, musiał patrzeć, jak inni żołnierze zabijają jego matkę i malutką siostrzyczkę. "Złapali ją za nogi i rzucili nią o skały" - opisuje Kim Muang Than.

Według ONZ, w 19 krajach świata, głównie Afryki, na Bliskim Wschodzie i w południowej Azji, walczy ok. 250 tysięcy dzieci-żołnierzy. Szacuje się, że 40 proc. to dziewczynki. Niektóre z nich mają zaledwie 8 lat - to już wystarczy, by udźwignąć kałasznikowa.