Wczoraj Angela Merkel wreszcie poznała osobiście nowego sekretarza generalnego Ban Ki Moona. Obok sztandarowych tematów ich rozmowy takich jak irańska bomba czy konflikt bliskowschodni był jeszcze jeden: reforma Rady Bezpieczeństwa ONZ - pisze DZIENNIK.
Niemcy od wielu lat chcieli mieć w niej stałego reprezentanta i zwiększyć swój wpływ na sprawy globalne, ale próba zdobycia fotela dla Berlina podjęta przez
kanclerza Schrödera zakończyła się fiaskiem. Teraz Angela Merkel chce wykorzystać do poszerzenia wpływów Berlina Unię Europejską.
Pomysł członkostwa UE w Radzie Bezpieczeństwa dyskutowany był dwa tygodnie temu w Waszyngtonie przez zastępcę Angeli Merkel we władzach CDU Jürgena Rüttgersa. "Europa musi być silna i mówić jednym głosem. Teraz ten głos jest rozproszony. Dlatego potrzebujemy wspólnego miejsca dla Europy" - mówił Rüttgers podczas wykładu w położonym nieopodal Białego Domu hotelu "Hay Adams". Sygnał został odczytany właściwie: Niemcy - przewodniczące w rym półroczu UE i grupie G8 - chcą przystąpić do stołu rozmów na najważniejsze tematy polityki międzynarodowej.
Globalne aspiracje Niemcy zaczęli przejawiać już podczas rządów poprzedniej czerwono-zielonej koalicji. Kanclerz Schröder chciał, żeby Berlin miał stałego i pełnoprawnego przedstawiciela w RB ONZ z prawem weta. Miał to być dowód, że Niemcy po przeszło pięćdziesięciu latach po wojnie odpokutowały już za swoje grzechy i mogą zachowywać się na arenie międzynarodowej tak jak inne państwa.
"Kanclerz budował w tym celu egzotyczne koalicje z innymi pretendentami do roli mocarstw: Indiami czy Brazylią. Uzyskał też poparcie Chin i Rosji. Wszystko rozbiło się jednak o kryzys iracki i konflikt z administracją prezydenta Busha" - wyjaśnia DZIENNIKOWI Gunther Hellmann, badacz niemieckiej polityki zagranicznej z Uniwersytetu w Bonn. "Ta gra o najwyższe cele zakończyła się dla Niemiec fiaskiem także dlatego, że Schröder przestraszył większość swoich europejskich sojuszników" - dodaje Hellmann.
Dlatego Angela Merkel jest ostrożniejsza. "Pod naciskiem SPD zgodziła się wprawdzie na wpisanie do umowy koalicyjnej passusu, że Niemcy chcą stałego miejsca w RB ONZ, ale zawsze powtarzała, że to tylko awaryjne rozwiązanie, i że ideałem byłoby stałe miejsce dla całej UE" - tłumaczy nam publicysta renomowanego tygodnika "Die Zeit" Jan Ross.
Pomysł członkostwa UE w Radzie Bezpieczeństwa dyskutowany był dwa tygodnie temu w Waszyngtonie przez zastępcę Angeli Merkel we władzach CDU Jürgena Rüttgersa. "Europa musi być silna i mówić jednym głosem. Teraz ten głos jest rozproszony. Dlatego potrzebujemy wspólnego miejsca dla Europy" - mówił Rüttgers podczas wykładu w położonym nieopodal Białego Domu hotelu "Hay Adams". Sygnał został odczytany właściwie: Niemcy - przewodniczące w rym półroczu UE i grupie G8 - chcą przystąpić do stołu rozmów na najważniejsze tematy polityki międzynarodowej.
Globalne aspiracje Niemcy zaczęli przejawiać już podczas rządów poprzedniej czerwono-zielonej koalicji. Kanclerz Schröder chciał, żeby Berlin miał stałego i pełnoprawnego przedstawiciela w RB ONZ z prawem weta. Miał to być dowód, że Niemcy po przeszło pięćdziesięciu latach po wojnie odpokutowały już za swoje grzechy i mogą zachowywać się na arenie międzynarodowej tak jak inne państwa.
"Kanclerz budował w tym celu egzotyczne koalicje z innymi pretendentami do roli mocarstw: Indiami czy Brazylią. Uzyskał też poparcie Chin i Rosji. Wszystko rozbiło się jednak o kryzys iracki i konflikt z administracją prezydenta Busha" - wyjaśnia DZIENNIKOWI Gunther Hellmann, badacz niemieckiej polityki zagranicznej z Uniwersytetu w Bonn. "Ta gra o najwyższe cele zakończyła się dla Niemiec fiaskiem także dlatego, że Schröder przestraszył większość swoich europejskich sojuszników" - dodaje Hellmann.
Dlatego Angela Merkel jest ostrożniejsza. "Pod naciskiem SPD zgodziła się wprawdzie na wpisanie do umowy koalicyjnej passusu, że Niemcy chcą stałego miejsca w RB ONZ, ale zawsze powtarzała, że to tylko awaryjne rozwiązanie, i że ideałem byłoby stałe miejsce dla całej UE" - tłumaczy nam publicysta renomowanego tygodnika "Die Zeit" Jan Ross.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|