Przypadek sprawił, że amerykańskie wojsko w Iraku odkryło warsztat irackich terrorystów. Żołnierze pojawili się tak nagle, że terroryści nie zdążyli nic ukryć. Wszystko pozostało na swoim miejscu -detonatory, materiały wybuchowe... i tylko słuchawka leżała obok telefonu.
"Co my tu mamy, nieźle... to wsadzają do bomb, by nas zabijać" - mówi sierżant Brian Hood, podnosząc torebkę pełną śrub i metalowych bolców. Wokół rozrzucone komórki, elektroniczne zegarki i kable.
Choć na pozór te elementy wyglądają niegroźnie, służą one terrorystom do produkcji bomb. Dom, który przeszukali żołnierze, służył jako tymczasowy warsztat do produkcji przydrożnych
bomb. Od nich ginie najwięcej żołnierzy.
"Widzą, jak jedziemy, dzwonią na numer tej komórki, a ona detonuje ładunek wybuchowy" - opowiada sierżant Hood. Kryjówkę żołnierze odkryli przypadkiem. Wóz pancerny
uszkodził płot posesji, więc żołnierze zapukali z przeprosinami. W domu nikogo nie było, jedynie półprodukty do budowy bomb.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|