O co chodzi? Janukowycz chce, by rozpisanie nowych wyborów wynikało z ustaleń politycznych, a nie dekretu prezydenta, który sięga aż po konstytucję. "Jeśli ustalimy, że trzeba iść na wybory, to pójdziemy, jednak odbędą się one nie na podstawie konstytucji, a na podstawie konsultacji i uzgodnień politycznych" - zaznaczył szef rządu w Kijowie. I powiedział, że on i jego zwolennicy czekać będą na opinię sądu konstytucyjnego, który rozstrzygnie, czy dekrety prezydenta są zgodne z prawem.
Janukowycz zdecydowanie spuścił dziś z tonu. Jeszcze wczoraj domagał się on od Wiktora Juszczenki, by podał się do dymisji i razem z głosowaniem na deputowanych zarządził wybory prezydenckie.
Cały spór toczy się o to, że Juszczenko zdecydował się rozwiązać parlament i rozpisać nowe wybory. Pierwotnie datę wyznaczył na 27 maja, w środę przeniósł ten termin o miesiąc w przód. Ale dla rządzącej partii Janukowycza to za mało. Premier chce przesunięcia wyborów co najmniej o kilka miesięcy.