Jeszcze kilka dni temu północna Floryda tonęła pod litrami wody, które zalewały ulice i niszczyły fundamenty budynków. Jednocześnie południe stanu umiera z powodu suszy. Najgorzej jest z rozlewiskami Everglades i Okeechobee, czyli naturalnymi zbiornikami wody pitnej dla 5 mln ludzi.
"Tu wszędzie powinna być woda do kolan i żerujące ptaki" - mówi Fred Sklar ze Służb Obserwacyjno-Pomiarowych Południowej Florydy. Normalnie wypompowywano by z tego obszaru 600 mln galonów (ponad 2,2 mld litrów) wody pitnej dziennie. W tym roku nie ma jednak ani wody, ani ptaków.
Do tego to istna bomba zegarowa. Bo na bagnistych terenach, porośniętych trawami, zwykle było do kilkudziesięciu centymetrów wody. Teraz ziemia jest tak wysuszona, że tylko czekać, aż stanie w ogniu. Gleba na mokradłach jest bowiem potężną zbitką biomasy, która odkładała się tam od ponad 100 lat. Więc gdyby wybuchł pożar, wszystko płonęłoby nawet kilka tygodni.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|