JUSTYNA PRUS: Dziś kończy się dwudniowe spotkanie George’a Busha i Władimira Putina. Prezydenci spotykają się w momencie, gdy relacje Rosji i USA są bardzo napięte. Jest
szansa na odwilż?
SIERGIEJ KARAGANOW: Wątpię, by dzisiejsze spotkanie prezydentów mogło coś naprawić. Myślę, że może dojść do pewnego porozumienia o wzajemnej nieingerencji na zasadzie: my nie
ruszamy was, a wy zostawiacie nas w spokoju. Ale nawet jeśli do tego dojdzie, będą to zakulisowe ustalenia, o których świat oficjalnie się nie dowie. Trudno spodziewać się wiele od spotkania
dwóch liderów, z których jeden wkrótce odejdzie z hukiem, a drugi - co prawda z lepszymi wskaźnikami poparcia - także opuści swoje stanowisko.
Tylko dlatego Bushowi i Putinowi będzie trudno osiągnąć coś więcej?
Nie tylko dlatego. Relacje Rosja - USA pogorszyły się z wielu powodów. Przede wszystkim Rosja nie odgrywa wyznaczonej przez USA roli młodszego partnera, którą potulnie odgrywają praktycznie
wszystkie inne państwa. Nakłada się na to osłabienie rzeczywistej globalnej roli USA. To efekt ogromnej irackiej pomyłki. Ona jest jeszcze gorsza niż wojna w Wietnamie, ponieważ w tamtym
przypadku Amerykanów poparła znaczna część światowej opinii publicznej. Przede wszystkim dlatego, że walczyli z komunizmem. W Iraku zaś walczą nie wiadomo o co.
I w rzeczywistości popierają ich tylko klienci i jedno państwo, którego lider z idealistycznych pobudek wpakował się w tę wojnę, czyli Wielka Brytania. Ale między innymi z tego powodu
Tony Blair - dotychczas jeden z największych polityków w Europie - musiał odejść przed czasem. 400 miliardów wydanych przez Amerykę na tę bezsensowną wojnę zdekapitalizowało się. Druga
przyczyna obecnej słabości USA to osłabienie ich polityki zagranicznej. A trzecia - istotne jakościowe osłabienie amerykańskiej soft power, która decydowała o sile USA. Amerykański model
życia i społeczeństwa nie jest już dzisiaj tak atrakcyjny jak kiedyś.
I Rosja, i USA walczą więc znów o prymat w świecie?
W tym samym momencie, kiedy słabnie Ameryka i Europa Zachodnia - druga część tradycyjnego Zachodu - wzmocniła się Rosja i cały szereg innych państw. To, co obecnie dzieje się między Moskwą
a Waszyngtonem, jest efektem amerykańskiego kontrataku - próby odzyskania utraconej z własnej winy pozycji. Niezadowolenie Ameryki przejawia się między innymi w krytyce rosyjskiej drogi, naszych
odstępstw od demokracji. Zgoda, w Rosji mamy do czynienia z autorytarnym kapitalizmem i z tym nie ma co dyskutować. Problem w tym, że nikt nam nie pomógł zbudować demokracji, nikt nie dał nam
możliwości integracji. Rosja poszła więc swoją drogą, tak jak potrafiła.
Wzmocnienie Rosji wynika tylko z osłabienia i błędów Zachodu?
Rosja przezwyciężyła kryzys ekonomiczny lat 90. i zaczęła się powoli rozwijać. Po drugie odbudowała
państwowość, która w 1999 r. praktycznie nie istniała. Poza tym częściowo przywrócono wpływ państwa na gospodarkę, który niekoniecznie musi oznaczać jej kontrolę. Do tego doszło kilka
sprzyjających okoliczności takich jak korzystna koniunktura na rynku ropy i gazu. Paradoksalnie korzystna dla nas okazała się destabilizacja na Bliskim Wschodzie spowodowana operacją w Iraku. A
to dlatego, że w ten sposób Amerykanie zwiększyli rolę czynnika militarnego w polityce międzynarodowej.
W Polsce dobrze wiemy, że Rosja ma długie tradycje w wykorzystywaniu tego czynnika. Uważa pan, że warto do nich wracać?
Rosja jest w tej chwili jedynym krajem, oprócz USA
i może Wielkiej Brytanii, który ma względnie zdolne do działania siły zbrojne. Dysponujemy drugimi co do wielkości siłami zbrojnymi na świecie - oczywiście daleko za amerykańskimi - ale
udowodniły one swoją zdolność do walki i do zwyciężania. Podobnie, przynajmniej na razie, jest nam na rękę wzmocnienie Chin. Stany Zjednoczone i inne rozumne państwa panicznie się boją
ewentualnego sojuszu Rosji z Chinami, co daje nam dodatkowe atuty. Do tego dochodzą dwie sprawy, o których wspomniałem wcześniej - osłabienie Ameryki i Europy.
Większość z wymienionych przez pana przyczyn wzmocnienia Rosji to raczej sprzyjające okoliczności niż rzeczywiste osiągnięcia.
Nie chcę przeceniać możliwości Rosji. Większość z tych czynników ma charakter średniookresowy, być może przejściowy. Jeśli chodzi o ceny surowców, to na pewno nastąpi jakaś ich
korekta i stabilizacja. Poza tym myślę, że za 5-6 lat USA odzyskają utracone pozycje, wrócą do równowagi. Obecny kryzys jest ściśle związany z polityką George’a Busha i jego
administracji. W przyszłości to się może zmienić.
Nawet po zmianie administracji USA raczej nie zrezygnują z bardzo niewygodnego dla Rosji projektu budowy tarczy antyrakietowej.
Tarcza akurat jest taką kwestią, w której z
całą pewnością nie dojdzie do kompromisu. Amerykanie budują ten system z dwóch głównych powodów. Pierwszy to nacisk kręgów wojskowych, które próbują udowodnić, że program w ogóle
jest potrzebny - jak na razie nic nie wskazuje na to, by cokolwiek w tej sprawie ruszyło się wcześniej niż za kilkanaście lat.
A drugi powód?
To chęć wprowadzenia permanentnego czynnika rozdrażnienia w Europie i tym samym niedopuszczenie do zbliżenia Rosji i Europy. Ale to będzie miało swoją cenę. Rosja już zapowiedziała, że
traktuje to jako poważne wyzwanie - jesteśmy gotowi na nie zareagować. Jednak choć wielu ludzi w Rosji uważa, że bazy to element długofalowej antyrosyjskiej polityki, ja jestem wobec tych
planów dość sceptyczny. Sądzę, że prawdopodobieństwo powstania tarczy jest niewielkie.
Dlaczego w takim razie Rosja robi wokół tej sprawy tyle szumu?
Nie chcemy militaryzacji europejskiej polityki i próbujemy jak najbardziej zaszkodzić tym, którzy do niej dążą. Dlatego nie zgadzamy się na stworzenie nawet fundamentów tego systemu.
I właśnie dlatego retoryka Rosji stała się tak agresywna?
A gdzie pani widzi tę agresję?
Jeszcze rok temu trudno byłoby sobie wyobrazić takie wypowiedzi, jakie słyszymy dzisiaj z ust rosyjskiego prezydenta. Np. o skierowaniu rosyjskich rakiet na Europę.
Jest kilka powodów. Rosja faktycznie przesadza w środkach stylistycznych. Prze do przodu, nie zwracając uwagi na nic i na nikogo, nie przejmując się zbytnio zasadami gry. W relacjach z USA
próbuje odzyskać utraconą pozycję. Mówimy: Jesteśmy samodzielni i silni. I wierzymy w to. Prezydent Putin przestał się bawić w dyplomację. Mówi to, co myśli. Zresztą w tym przypadku to
zupełnie zrozumiałe. Jako głównodowodzący sił zbrojnych ma obowiązek informowania, że takie bazy w chwili jakiegokolwiek konfliktu automatycznie stają się pierwszym celem ataku. Gdyby Putin
tego obowiązku zaniechał, to byłby przecież powód do impeachmentu.
Sugeruje pan, że świat powinien się do tego stylu rosyjskiej dyplomacji po prostu przyzwyczaić?
Oczywiście ton tych wypowiedzi mógłby być łagodniejszy. Gdyby podczas słynnej wypowiedzi podczas konferencji ds. bezpieczeństwa Putin stwierdził, że Rosja już więcej nie będzie odgrywać
przyznanej jej roli, nikt by się nie bulwersował, a znaczyło by to dokładnie to samo, co padło w rzeczywistości: koniec z hegemonią USA i jednobiegunowym światem. I - jak wskazują sondaże -
większość Europejczyków myśli podobnie.
Dlatego właśnie Rosja ma zamiar zawiesić uczestnictwo w traktacie o ograniczeniu zbrojeń konwencjonalnych w Europie (FCE)?
Ja osobiście uważam, że powinniśmy to zrobić. Ten układ przez wszystkie lata swojego istnienia był nikomu niepotrzebnym czynnikiem konserwującym zimnowojenne podziały. Dlatego im wcześniej
wyrzucimy go na śmietnik historii, tym lepiej. Bo czyż filozofia równowagi sił w Europie nie jest właśnie idiotyczną próbą zakonserwowania starych podziałów? Wzajemne inspekcje wojskowe
liczące, ile kto ma czołgów, przedłużyły agonię zimnej wojny o kolejne dziesięć lat, militaryzując naszą politykę. Moim zdaniem trzeba się go pozbyć.
To może naprawić relacje Moskwy z Waszyngtonem?
Myślę, że wkraczamy w nową erę stosunków międzynarodowych. Niepostrzeżenie dla nas skończyła się epoka pozimnowojenna, dla której charakterystyczny był liberalno-demokratyczny model
kapitalizmu i pewien system zarządzania stosunkami międzynarodowymi, i system bezpieczeństwa. Rozpoczęła się epoka brutalnej konkurencji, walki wszystkich ze wszystkimi. Dlatego w najbliższych
latach nie oczekiwałbym żadnej poprawy w relacjach Rosji z Zachodem.
Wrócimy do zimnej wojny?
Moim zdaniem napięcie może nawet jeszcze wzrosnąć, choć do otwartej walki nie dojdzie. Może za 5-6 lat, gdy USA powrócą do formy, Europa otrząśnie się z wewnętrznego kryzysu, a Rosja się
ustabilizuje, znajdziemy jakieś wspólne interesy, które nas zjednoczą. Może wtedy powstanie nowy sojusz silnych i cywilizowanych państw, może nawet z Indiami i Chinami. Mam nadzieję, że do
tego czasu Ameryka odzyska swoją silną pozycję, ale po zmianie władzy będzie prowadzić rozsądniejszą politykę. Z kolei Rosja też się uspokoi, przywyknie do swojej nowej roli i przestanie
na każdym kroku udowadniać wszystkim, że jest silna i trzeba się z nią liczyć.