Rosja może się pochwalić własnym systemem inwigilacji internetu, choć nie tak wydajnym, jak ujawniony dzięki staraniom Edwarda Snowdena amerykański PRISM. Działający od lat 90. system inwigilacji elektronicznej nazywa się SORM i służy zarówno do kontrolowania własnych obywateli, jak i mieszkańców państw byłego ZSRR. Rosyjscy funkcjonariusze mają przy tym większe uprawnienia niż ich amerykańscy koledzy.

Reklama

System SORM to w istocie dwa różne programy. SORM-1 pozwala na podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, zaś SORM-2 odpowiada za śledzenie internautów. Z dobrodziejstw systemu może korzystać aż osiem instytucji, od Federalnej Służby Bezpieczeństwa po celników i wywiad wojskowy. Prawo zobowiązuje przy tym firmy hostingowe do współpracy z funkcjonariuszami. Muszą one na własny koszt kupować potrzebną aparaturę pod rygorem utraty licencji na działalność.

Podobnie jak w USA, i w Rosji inwigilację można rozpocząć dopiero po uzyskaniu nakazu sądowego. Jednak o ile w Stanach funkcjonariusz jest zobowiązany do przedstawienia takiego nakazu dostawcy usług, o tyle w Rosji jest to wręcz zabronione. Dostawca nie ma bowiem dostępu do tajemnicy państwowej - mówił „Moskowskim Nowostiom” znawca rosyjskich służb Andriej Sołdatow (wystarczy więc słowo funkcjonariusza). Od 2010 r. nakaz sądowy nie jest też potrzebny, jeśli przeciwko danej osobie toczy się co najmniej postępowanie przygotowawcze. Wszystko to sprawia, że w ciągu 6 ostatnich lat liczba telefonicznych i e-mailowych podsłuchów wzrosła dwukrotnie do 540 tys. Statystyki nie uwzględniają inwigilacji obcokrajowców.

Najbardziej narażone są portale, których serwery znajdują się w Rosji. Dla służb są one przezroczyste - komentuje Sołdatow. O ile więc mogą one buszować po kontach na portalu Wkontaktie, o tyle użytkownicy Facebooka czy Twittera, mających serwery przede wszystkim w USA, są pod tym względem bezpieczni. Być może to tylko kwestia czasu. Po ujawnieniu rewelacji Snowdena deputowani zaproponowali, by zmusić amerykańskie portale społecznościowe do przeniesienia części serwerów do Rosji, tak by dane 17 mln rosyjskich użytkowników były przechowywane właśnie na nich. Służby miałyby wówczas do nich dostęp. Projekt ustawy ma zostać ogłoszony jeszcze tej jesieni. Stoi za nim nie byle kto, bo Siergiej Żelezniak, wiceprzewodniczący Dumy z ramienia prokremlowskiej Jednej Rosji.

Oczywiście służby mogą w ten sam sposób inwigilować także mieszkańców byłych republik sowieckich, chętnie korzystających z Runietu (rosyjskiej części internetu). W takich serwisach, jak Wkontaktie, Odnokłassniki czy Mail.ru, znajduje się 30 mln kont należących do Ukraińców i kilka milionów – do Białorusinów. W lipcu 2011 r. administracja Wkontaktie, najpewniej po interwencji rosyjskich służb, zlikwidowała liczącą 200 tys. użytkowników białoruską grupę Rewolucja poprzez sieci społecznościowe, grupującą tamtejszą opozycję.

Rosja wciąż nie prowadzi inwigilacji elektronicznej za granicą. Brakuje nam technologii - zapewnia w rozmowie z DGP ppłk Igor Korotczenko, szef pisma „Nacyonalnaja oborona”. Co więcej - jak dowodzi z kolei Andriej Sołdatow - Rosja nie jest krajem tranzytowym dla światowych światłowodów, co istotnie utrudnia ekspansję kremlowskich służb. Tymczasem Białoruś, Kazachstan, Kirgistan i Ukraina korzystają z rosyjskich technologii w tym zakresie i tworzą własne, wzorowane na rosyjskim, programy cyfrowej inwigilacji obywateli. W ten sposób władze tych państw chcą się zabezpieczyć przed powtórką arabskiej wiosny, w której główną rolę odegrały właśnie media społecznościowe.