Problem imigracji z Afryki do Europy był najgoręcej dyskutowanym tematem podczas konferencji z cyklu "Conversations Tocqueville", która odbyła się we francuskiej Normandii pod koniec czerwca z udziałem polityków, dyplomatów, intelektualistów i reprezentantów świata biznesu.

Na panelu poświęconym tej sprawie doszło do polemicznego starcia między pochodzącym z Sudanu brytyjskim biznesmanem Mo Ibrahimem, założycielem fundacji promującej rozwój Afryki, który starał się bagatelizować kwestię imigracji Afrykanów do Europy, a resztą dyskutantów. Dowodzili oni, że mimo obecnego rozładowania kryzysu dzięki uszczelnieniu zewnętrznych granic UE z czasem, jeżeli obecne trendy demograficzne się utrzymają, najprawdopodobniej zaostrzy się on znowu wskutek rosnącej presji na te granice.

Zdaniem Ibrahima "nie ma żadnego kryzysu migracyjnego, co najwyżej pewne problemy". Przemawiają za tym – jak twierdził – statystyki ONZ, według których migracja mieszkańców Afryki stanowi tylko 14 procent całej globalnej migracji, podczas gdy Europejczyków 24 procent, a Azjatów – 41 procent. Podkreślał, że większość Afrykanów migruje wewnątrz swego kontynentu, z jednego kraju do drugiego. Argumentował też, że ponieważ większość migrujących do Europy to młodzi i nieźle wykształceni mężczyźni, Stary Kontynent na ich napływie korzysta, gdyż potrzebuje coraz więcej imigrantów w wieku produkcyjnym. "Kto będzie płacił za leczenie tych wszystkich starych ludzi w Europie?" - mówił.

Replikował mu politolog i specjalista ds. imigracji z Afryki z amerykańskiego Uniwersytetu Duke'a, profesor Stephen Smith. Zarzucił mu manipulowanie statystykami, ponieważ – jak podkreślił - o ile dziś 70 proc. migrantów rzeczywiście migruje wewnątrz kontynentu afrykańskiego, to liczba tych, którzy go opuszczają, od lat rośnie: w przeszłości wyjeżdżało tylko 10 proc., a w przyszłości przewiduje się (na podstawie ekstrapolacji obecnego trendu), że wyjedzie około połowy; z czego większość do Europy.

Przede wszystkim zaś prognozy demograficzne wskazują, że za ok. 80 lat Afrykę zamieszkiwać będzie 4,5 miliarda ludzi – prawie cztery razy więcej niż obecnie (1,2 mld). Tymczasem populacja Europy wynosi dziś 743 mln (czerwiec 2019), a jeśli obecne trendy (niskiego lub nawet ujemnego wskaźnika urodzeń) się utrzymają, w 2050 roku spadnie do ok. 710 mln, a do końca stulecia - może nawet znacznie poniżej 700 mln. Oznacza to, że w 2100 roku Afrykanie będą stanowić dwie piąte ludności świata i będzie ich 7-8 razy więcej niż mieszkańców Europy. Za utrzymaniem się dzisiejszych trendów demograficznych w Afryce przemawiają pesymistyczne prognozy rozwoju gospodarczego na tym kontynencie.

Jak dowodził prof. Smith, nieuniknionym efektem będzie nasilanie się presji migracyjnej z południa na granice Europy. Na razie nie jest ona zbyt wielka, ponieważ średni koszt migracji z Afryki do Europy to 3 tys. euro, ale ewentualny przyszły wzrost gospodarczy w niektórych krajach afrykańskich może spowodować – być może krótkoterminowy – wzrost migracji, gdyż więcej Afrykanów będzie stać na podróż na północ.

Smith zwrócił uwagę, że migracja z Afryki nie zawsze wywołana jest czynnikami ekonomicznymi. "Liczy się też polityka. Żadne wybory w Afryce nie przyniosły trwałych rządów demokratycznych" - powiedział. Część migrantów ucieka przed przemocą w swych krajach rządzonych przez brutalne dyktatury.

Afrykanie migrujący do Europy "nie zastąpią tam Niemców czy Francuzów" - powiedział profesor. Przyczyną są problemy z ich integracją w społeczeństwach zachodnioeuropejskich. Szerzej mówił o tym Saad Amrani, doradca komisarza policji federalnej w Belgii, ekspert ds. konfliktów religijno-etnicznych i terroryzmu. Przypomniał, że imigranci z Afryki mieszkają w Brukseli w etnicznych enklawach, jak Matonge (tzw. Małe Kongo) i Molenbeek - to dzielnica, z której pochodzili islamscy terroryści, sprawcy zamachów w 2015 roku w Paryżu.

"Integracja imigrantów to nie zawsze historia sukcesu" - powiedział Amrani. "Mamy do czynienia z imigracyjnym kryzysem. Kiedy politycy mówią <nie ma problemu>, jest to wyraz poprawności politycznej. Potrzeba intelektualnej uczciwości i przyznania, że w Unii Europejskiej nie ma w istocie strategii w sprawie imigracji i problemy z nią związane spadają na organy ścigania" - dodał.

Amrani i inny uczestnik panelu, amerykański politolog z Uniwersytetu Georgetown Joshua Mitchell zaatakowali doktrynę multikulturalizmu jako czynnik utrudniający integrację migrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. "Chodzi o spójność społeczeństwa" - powiedział Amrani, podając przykłady antysemityzmu wśród muzułmańskich uczniów szkół w Belgii, którzy odmawiają czczenia pamięci ofiar Holokaustu.

Według belgijskiego i amerykańskiego eksperta u podłoża paraliżu decyzyjnego utrudniającego asymilację imigrantów leży poczucie winy Europejczyków za kolonializm, utrata dumy z własnej tożsamości i idąca za tym niepewność, czy można przybyszom z Afryki narzucać wzory kultury europejskiej.

"Jeżeli młodzi ludzie z Maghrebu słyszą wszędzie, że trzeba <wstydzić> się Europy, idą słuchać w meczecie imama z (organizacji) Państwo Islamskie" - powiedział Amrani.

"Jeśli jesteśmy niepewni, kim sami jesteśmy, jak mamy integrować imigrantów?" - zapytywała retorycznie Laure Mandeville, z dziennika "Le Figaro", który współorganizował konferencję w Tocqueville.

Ibrahim polemizował z krytykami multikulturalizmu, przypominając, że młodzi Afrykanie i Arabowie doświadczają dyskryminacji, która utrudnia im znalezienie pracy. Bezrobocie wśród migrantów we Francji i Belgii znacznie przekracza średnią.

Dyskutanci przypominali, że kryzys imigracyjny zwiększa popularność partii populistyczno-prawicowych, jak włoska Liga czy francuskie Zjednoczenie Narodowe, często o rasistowskim odcieniu. "Dlatego jeśli niektórzy chcą otworzyć granice dla kolejnych milionów, odpowiadam im: najpierw rozwiążmy problemy z imigrantami, którzy już w Europie są" - powiedział Amrani.

Obawy, że przeludnienie Afryki może wywołać ogromny wzrost migracji jej mieszkańców, wyrażają już nie tylko nacjonalistyczne partie, które z obrony "białej" Europy uczyniły główny motyw swych programów i haseł. Nawet francuski prezydent Emmanuel Macron w swych wystąpieniach wspominał, że rozwój Afryki jest hamowany przez niekontrolowany wzrost liczby urodzeń. W niektórych krajach afrykańskich kobiety rodzą średnio 6-7 dzieci.