Licząca ponad 2 mln km kw. Grenlandia jest największą wyspą na świecie (nie licząc Australii będącej kontynentem). Fakt ten zapewne nie umknął prezydentowi Donaldowi Trumpowi, kiedy zaczął się głośno zastanawiać nad jej nabyciem. Powiększyłby w ten sposób terytorium Stanów Zjednoczonych o blisko jedną piątą. Grenlandia geograficznie należy do Ameryki Północnej, więc w tym sensie transakcja nie byłaby całkowicie bezsensowna. „Panowie, co o tym myślicie?” – miał zapytać Trump w rozmowach ze swoimi doradcami, napomykając, że utrzymywanie wyspy drogo Danię kosztuje. Po doniesieniach dziennika „Wall Street Journal”, który jako pierwszy ujawnił arktyczne zakusy prezydenta USA, media społecznościowe zatrzęsły się od drwin pod jego adresem: „Zanim kupisz Grenlandię, pokaż nam ją na mapie”. Internauci podkpiwali, że pierwszą rzeczą, którą zrobiłby szef amerykańskiej administracji po sfinalizowaniu transakcji, byłoby postawienie na wyspie gigantycznego wieżowca ze złoconym szyldem „Trump Tower”.

Dwa dni po publikacji „Wall Street Journal” prezydent potwierdził, że faktycznie, na serio rozważa zakup Grenlandii. – Dania zasadniczo ją posiada. Jesteśmy jednak z Danią dobrymi sojusznikami. Chronimy Danię, podobnie jak całe części świata. Taka koncepcja się pojawiła – przyznał Trump. Jednocześnie obiecał na Twitterze, że wieżowca na Grenlandii nie wybuduje.

Prezydent USA nie myli się w sprawie wysokich kosztów utrzymania wyspy. Kopenhaga subsydiuje ją co roku sumą 591 mln dol., czyli 10 tys. dol. na jednego mieszkańca (mieszka tam 56 tys. osób). Amerykański magazyn „The Atlantic” uważa, że Grenlandia jako 51. amerykański stan byłaby z pewnością tym najbardziej „socjalistycznym”. Prywatne posiadanie ziemi tam nie istnieje. W praktyce nie ma możliwości zakupu gruntu, można jedynie otrzymać prawo do użytkowania działki, na której chce się postawić budynek. Opieka zdrowotna i leki na receptę są za darmo. Do Grenlandii należy wiele kluczowych dla kraju spółek, takich jak przedsiębiorstwo połowowe czy garbarnia.

Arktyczna wojna

To, co początkowo wydawało się memogennym żartem, szybko zaczęto brać na poważnie. Zwłaszcza że Grenlandia ma atrakcyjne dla światowych mocarstw zasoby. Przede wszystkim są to metale ziem rzadkich, którymi Waszyngton jest bardzo zainteresowany niezależne od mglistych planów przejęcia wyspy. Na początku czerwca tego roku Departament Stanu podpisał z grenlandzkim ministerstwem zasobów i pracy memorandum w sprawie przeprowadzenia badań na liczącym 3 tys. km kw. terenie w południowej części wyspy. Metale ziem rzadkich nabierają bowiem coraz większego znaczenia w wojnie handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Pekin ostrzegł ostatnio, że w ramach kolejnych retorsji może ograniczyć ich eksport. To zła wiadomość dla Amerykanów, bo do tej pory Państwo Środka odpowiadało za dostawę 80 proc. wszystkich metali ziem rzadkich wykorzystywanych w USA (posiada ono bądź kontroluje większość znanych źródeł tych cennych zasobów na świecie). Alternatywne źródło surowców potrzebnych do produkcji elektronicznych pojazdów, sprzętu wojskowego czy turbin wiatrowych zabezpieczyłoby interesy Waszyngtonu.

Po ujawnieniu zakusów prezydenta USA media społecznościowe zatrzęsły się od drwin pod jego adresem: "Zanim kupisz Grenlandię, pokaż nam ją na mapie".