Komunistyczna Partia Rosji (KPRF) oficjalnie zatwierdziła kandydaturę Ziuganowa na sobotnim kongresie. "Nasze społeczeństwo jest manipulowane w sposób otwarty i arogancki" - mówił lider komunistów, od razu przystępując do krytyki władz. Świeżo upieczony kandydat ostro skrytykował niedawne namaszczenie wicepremiera Dmitrija Miedwiediewa przez Władimira Putina. "Ludziom narzuca się nowych carów" - stwierdził.

Ziuganow chce nacjonalizować "rozkradzione przedsiębiorstwa", przywrócić karę śmierci i "walczyć z ubóstwem". Ale w swojej walce z Kremlem polityk, który już dwukrotnie przegrał bój o prezydenturę - z Borysem Jelcynem w 1996 r. i z Władimirem Putinem w 2000 r. - będzie się odwoływał nie tylko do swojego tradycyjnego elektoratu. Na użytek niełatwej walki z kremlowskim pomazańcem Ziuganow postanowił odegrać rolę obrońcy demokracji. Już dzień po wyborach 2 grudnia nazwał KPRF ostatnim szańcem swobody.

Liberałowie, którzy w przeciwieństwie do komunistów nie dostali się do Dumy, nie mają wątpliwości, że cała opozycyjność Ziuganowa to mydlenie oczu. Wczoraj kategorycznie odmawiali mu poparcia.

"Prowadziliśmy z KPRF negocjacje o wspólnym kandydacie, licząc na bardziej postępowych członków frakcji. Pomysł upadł, gdy stało się jasne, że kandydatem będzie Ziuganow" - przyznaje w rozmowie z DZIENNIKIEM Marina Litwinowicz, bliska współpracowniczka Garrego Kasparowa. "Nigdy nie poprzemy człowieka, który jest spadkobiercą Stalina i Berii" - mówi z kolei Borys Niemcow z SPS. "Żaden z niego opozycjonista. Regularnie biega na Kreml po wskazówki" - twierdzi.

Jakby na potwierdzenie tych słów kilka dni temu Ziuganow stawił się na Kremlu, by przyjąć gratulacje Putina za wynik KPRF. I chociaż stale oskarża Kreml o sfałszowanie wyborów, tym razem nawet się na ten temat nie zająknął. "Ziuganow ma z Kremlem jasny układ: jeśli chce być dopuszczony do wyborów, nie może się wiązać z demokratami" - mówi dziennikowi politolog Michaił Dielagin.